Po ponad siedmiu dekadach od przerwania walk na Półwyspie Koreańskim Seul chce rozpocząć proces, który miałby doprowadzić do zastąpienia rozejmu trwałym pokojem. Prezydent Korei Południowej Lee Jae Myung proponuje odbudowę kontaktów z Pjongjangiem, stworzenie mechanizmów zapobiegających przypadkowej eskalacji oraz podjęcie negocjacji dotyczących północnokoreańskiej broni atomowej. Problem w tym, że Kim Dzong Un obrał w ostatnich latach dokładnie przeciwny kierunek.
Od 1953 roku między Koreą Północną i Koreą Południową nie obowiązuje traktat pokojowy. Walki przerwało zawieszenie broni, które zakończyło najbardziej krwawą fazę konfliktu rozpoczętego trzy lata wcześniej. W sensie politycznym i prawnym wojna nigdy nie doczekała się więc ostatecznego zamknięcia.
Prezydent Lee Jae Myung uważa, że po ponad 70 latach należy spróbować zmienić ten stan rzeczy. Podczas obchodów 81. rocznicy wyzwolenia Korei spod japońskiego panowania 15 sierpnia przedstawił koncepcję stopniowego przechodzenia od obecnego systemu rozejmowego do trwałych mechanizmów pokojowych.
W oficjalnym wystąpieniu opublikowanym przez urząd prezydenta Korei Południowej Lee przekonywał, że obie strony powinny ograniczać wzajemną wrogość, a na Półwyspie potrzebne są instytucje kontrolujące kryzysy oraz kilka poziomów zabezpieczeń przed niezamierzonym rozszerzeniem konfliktu. Zaproponował również rozpoczęcie rozmów między stronami, które pozwoliłyby w przyszłości zastąpić obecny rozejm systemem pokojowym.
Najbardziej niebezpieczna granica w Azji
Punktem wyjścia dla planu Lee jest sytuacja wokół strefy zdemilitaryzowanej. DMZ ma około 250 kilometrów długości i rozdziela obie Koree od czasu zawarcia rozejmu. Wbrew nazwie nie jest jednak obszarem pozbawionym potencjału militarnego.
Po obu stronach pasa granicznego znajdują się rozbudowane pozycje wojskowe, posterunki obserwacyjne, umocnienia i pola minowe. Dziesięciolecia konfrontacji sprawiły, że jest to jedno z najściślej kontrolowanych miejsc na świecie.
Ryzyko incydentu dodatkowo wzrosło w ostatnich latach. Północ rozbudowywała umocnienia, instalowała bariery i układała kolejne miny, a jej żołnierze kilkukrotnie pojawiali się po południowej stronie wojskowej linii demarkacyjnej. Wojska Korei Południowej reagowały w takich przypadkach między innymi strzałami ostrzegawczymi.
Seul oceniał przy tym, że nie każdy taki przypadek musiał być celową prowokacją. W niektórych miejscach przebieg granicy nie jest czytelny w terenie, dlatego południowokoreańskie władze proponowały kontakty wojskowe, które pozwoliłyby zmniejszyć możliwość błędnej oceny zachowania drugiej strony. Oferta nie doprowadziła dotąd do wznowienia dialogu.
Narastającemu napięciu towarzyszyła również wojna psychologiczna. Korea Północna wysyłała na południe balony z odpadami, a po drugiej stronie granicy uruchamiano nagłośnienie transmitujące informacje i muzykę w kierunku terytorium północnokoreańskiego.
Administracja Lee zaczęła po objęciu władzy wycofywać część działań, które Pjongjang uznawał za wrogie. Ministerstwo Zjednoczenia wskazywało m.in. na przerwanie nadawania przez głośniki oraz działania ograniczające wysyłanie materiałów propagandowych na Północ.
Seul zmienia strategię wobec Pjongjangu
Nowa linia wyraźnie różni się od podejścia poprzedniego prezydenta Yoon Suk Yeola. Jego administracja większy nacisk kładła na odstraszanie wojskowe, wzmocnienie sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi i rozwój współpracy obronnej z Japonią.
Lee nie zamierza rezygnować z potencjału militarnego ani amerykańskiego sojuszu, ale próbuje równolegle stworzyć przestrzeń dla dyplomacji.
Strategia została szerzej opisana w rządowej „Policy for Peaceful Coexistence on the Korean Peninsula”. Władze w Seulu deklarują tam poszanowanie północnokoreańskiego ustroju, odrzucenie scenariusza zjednoczenia przez wchłonięcie Północy oraz rezygnację z działań o charakterze wrogim. Docelowo rząd chce stworzenia Półwyspu Koreańskiego wolnego od wojny i broni nuklearnej.
Takie stanowisko nie oznacza, że Seul oczekuje natychmiastowej likwidacji arsenału Kim Dzong Una. Lee sygnalizował wcześniej, że pierwszym realistycznym etapem mogłoby stać się zahamowanie dalszej rozbudowy potencjału atomowego.
W sierpniowym przemówieniu poszedł w podobnym kierunku. Zamiast żądać jednostronnego rozbrojenia, zaproponował negocjacje nad skutecznym sposobem zatrzymania wzrostu północnokoreańskich zdolności nuklearnych.
Także plan działań Ministerstwa Zjednoczenia na drugą połowę 2026 roku zakłada rozwijanie strategii określanej jako „peaceful coexistence” oraz podejścia, w którym pierwszym krokiem w sprawie programu nuklearnego miałoby być powstrzymanie jego dalszego rozwoju.
Kim Dzong Un nie traktuje już Południa jako partnera do zjednoczenia
Najpoważniejszą przeszkodą dla planów Lee jest fundamentalna zmiana północnokoreańskiej doktryny.
Kim Dzong Un w 2024 roku zerwał z obowiązującym wcześniej założeniem, zgodnie z którym mieszkańcy obu państw należą do jednego narodu, który w przyszłości powinien zostać ponownie zjednoczony. Od tamtej pory propaganda Pjongjangu przedstawia Republikę Korei jako odrębne i wrogie państwo.
Zmiana nie miała wyłącznie charakteru retorycznego. Kim zapowiadał, że w przypadku wojny Korea Północna powinna dążyć do opanowania terytorium południowego sąsiada.
W tej sytuacji kolejne gesty wysyłane przez administrację Lee pozostają bez odpowiedzi. Korea Północna nie podjęła zaproszeń do rozmów, a działania Seulu nadal przedstawia jako element polityki konfrontacyjnej. Administracja Lee sama przyznawała w ostatnich miesiącach, że jej apele o wznowienie kontaktu nie spotykają się z reakcją Pjongjangu.
Rakiety zamiast rozmów
Rozbieżność pomiędzy propozycjami Seulu a działaniami Pjongjangu dobrze pokazują wydarzenia z sierpnia.
11 sierpnia z rejonu Wonsan Korea Północna przeprowadziła kolejną próbę pocisku balistycznego. Według południowokoreańskich i japońskich władz rakieta pokonała około 700 kilometrów. Był to już jedenasty podejrzewany test pocisku balistycznego przeprowadzony przez Pjongjang od początku 2026 roku.
Jednocześnie Korea Północna ostro krytykuje wspólne manewry Seulu i Waszyngtonu.
Ćwiczenia Ulchi Freedom Shield rozpoczęły się 17 sierpnia i mają potrwać do 27 sierpnia. Zaplanowano w nich udział około 18 tys. żołnierzy południowokoreańskich, a scenariusze uwzględniają m.in. zagrożenie ze strony bezzałogowców, zakłócanie systemów GPS oraz cyberataki.
Pjongjang od lat przedstawia tego typu manewry jako przygotowania do agresji. Seul i Waszyngton utrzymują natomiast, że mają one charakter obronny.
Konflikt wokół ćwiczeń dobrze pokazuje paradoks obecnej sytuacji. Korea Południowa deklaruje gotowość do zmniejszania napięcia, ale równocześnie musi utrzymywać zdolność odstraszania przeciwnika posiadającego broń atomową i stale rozwijającego arsenał rakietowy.
Pokój pozostaje projektem na lata
Plan Lee Jae Myunga nie oznacza, że formalne zakończenie wojny koreańskiej stało się nagle prawdopodobne. Na razie nie rozpoczęły się nawet negocjacje, które mogłyby prowadzić do takiego rezultatu.
Znaczenie propozycji leży gdzie indziej. Po latach rosnącej konfrontacji Seul ponownie otwarcie mówi o zastąpieniu rozejmu systemem pokojowym i proponuje stopniowe, możliwe do zweryfikowania działania, zamiast uzależniania całego dialogu od natychmiastowej denuklearyzacji Północy.
Pjongjang na razie nie daje sygnału, że jest gotowy zaakceptować taki model. W czasie, gdy Lee proponował powrót do rozmów, północnokoreańskie media koncentrowały się przede wszystkim na własnych obchodach rocznicy wyzwolenia i aktywności Kim Dzong Una.
Dlatego najważniejsza linia podziału na Półwyspie Koreańskim pozostaje niezmieniona. Z jednej strony znajduje się rząd, który chce przetestować możliwość stopniowej deeskalacji, z drugiej państwo nuklearne, które odrzuciło dawną ideę wspólnego narodu i traktuje sąsiada jako przeciwnika.
Po 73 latach od podpisania zawieszenia broni oba państwa nadal rozdziela pas pól minowych, fortyfikacji i posterunków wojskowych. Zakończenie ostatniego konfliktu zimnej wojny, który formalnie nigdy się nie skończył, wymagałoby więc czegoś więcej niż zmiany tonu w Seulu. Wymagałoby decyzji Pjongjangu, że rozmowa z Południem ponownie leży w jego interesie.
Maciej Bzura

















