Czy 61 tysięcy rozwodów oznacza gwałtowny kryzys?
Wstępny bilans GUS wskazywał na około 61 tys. rozwiedzionych par w 2025 r. Było ich o ponad 3 tys. więcej niż w roku poprzednim, a współczynnik rozwodów wzrósł do 1,6 na 1000 mieszkańców. Zmiana jest zauważalna, choć pojedynczy roczny wynik nie wystarcza jeszcze do ogłoszenia historycznego przełomu.
Więcej mówi porównanie z liczbą małżeństw istniejących oraz dopiero zawieranych. W ciągu 2025 r. ślub wzięło około 133 tys. par, o przeszło 2 tys. mniej niż rok wcześniej. Współczynnik nowych małżeństw utrzymał się w pobliżu 3,6 na 1000 mieszkańców, ale sam zasób formalnych związków zmalał w ciągu roku o blisko 80 tys.
Bilans ten powstaje nie tylko w wyniku rozwodów. Liczbę istniejących małżeństw zmieniają również zgony współmałżonków oraz napływ nowych par. Jeżeli jednak mimo około 133 tys. ślubów ogólna liczba związków spada, oznacza to, że ich społeczna baza nie jest wystarczająco szybko odnawiana.
Najbardziej widoczne są wyroki, ponieważ każdy z nich zostaje zarejestrowany w konkretnym dniu. Znacznie trudniej dostrzec małżeństwa, które mogłyby powstać, lecz nigdy nie zostały zawarte. Z punktu widzenia przyszłości kraju właśnie ta druga grupa może okazać się ważniejsza.
Czy w 2026 roku Polacy zaczęli częściej brać śluby?
Pierwsze półrocze 2026 r. przyniosło ostrożnie pozytywną wiadomość. Zawarto około 50 tys. małżeństw, czyli o blisko 1,5 tys. więcej niż w analogicznych miesiącach 2025 r. Wzrost wyniósł nieco ponad 3 proc., a współczynnik małżeństw podniósł się z 2,6 do 2,7 na 1000 mieszkańców.
Nie oznacza to jeszcze powrotu do sytuacji sprzed kilkunastu lat. Między styczniem a czerwcem 2010 r. ślub wzięło prawie 86 tys. par. Po 16 latach wynik był więc niższy o około 36 tys., co daje spadek bliski 42 proc.
W pierwszych 6 miesiącach 2026 r. mniej więcej 38 proc. nowych związków stanowiły małżeństwa wyznaniowe wywołujące skutki cywilne. W przybliżeniu daje to 19 tys. takich ceremonii oraz 31 tys. ślubów zawartych w formie cywilnej. Ostateczną ocenę udziału ceremonii religijnych można będzie przeprowadzić dopiero po zakończeniu roku, ponieważ ich duża część przypada na miesiące letnie.
W tym samym półroczu zakończono około 31,5 tys. postępowań rozwodowych, o mniej więcej 700 więcej niż rok wcześniej. Liczba rozwodów zwiększyła się więc o około 2,3 proc., a ich współczynnik osiągnął 1,7 na 1000 ludności. Dodatkowo sądy orzekły około 300 separacji.
Nie należy na tej podstawie twierdzić, że 63 proc. świeżo zawartych małżeństw się rozpadło. Śluby i rozwody z jednego półrocza odnoszą się do odmiennych grup ludzi i innych etapów życia. Relacja 31,5 tys. rozwodów do 50 tys. ślubów pokazuje jednak, jak niewielka stała się przewaga nowych związków nad liczbą formalnych rozstań.
Dlaczego pary trafiają do sądu dopiero po 15 latach?
Od zawarcia ślubu do rozwodu mijało przeciętnie około 15 lat. Typowe rozstanie nie dotyczy więc 2 osób, które szybko uznały decyzję o małżeństwie za pomyłkę. Najczęściej kończy się wspólnota budowana przez znaczną część dorosłego życia.
Kobieta otrzymująca rozwód w 2025 r. miała średnio 42 lata, a mężczyzna więcej niż 44. Oboje najczęściej mieszkali w mieście. W przypadku kobiet dominowało wykształcenie średnie lub wyższe, natomiast wśród mężczyzn najczęściej występowało wykształcenie średnie.
Czterdziesty rok życia bywa momentem szczególnego obciążenia. Małżonkowie łączą wtedy obowiązki zawodowe z wychowywaniem dzieci, spłatą kredytu, opieką nad starzejącymi się rodzicami i próbą utrzymania poziomu życia. Relacja, której przez wiele lat nie poświęcano dostatecznej uwagi, może nie wytrzymać skumulowanego nacisku.
Średni staż wynoszący około 15 lat pokazuje zarazem, że kryzys małżeński rzadko zaczyna się w chwili złożenia pozwu. Postępowanie sądowe jest zwykle ostatnim rozdziałem znacznie dłuższej historii. Jeżeli pomoc ma przynieść efekt, powinna docierać do rodziny przed podjęciem ostatecznej decyzji.
Dlaczego kobiety wnoszą ponad 66 procent pozwów?
Przeszło 2 na każde 3 postępowania były rozpoczynane formalnie przez kobiety. Nie wolno jednak utożsamiać osoby podpisującej pozew z człowiekiem odpowiedzialnym za zniszczenie więzi. Inicjatywa prawna i moralna odpowiedzialność należą do 2 różnych porządków.
Kobieta może domagać się rozwiązania związku dlatego, że została zdradzona, żyje z osobą uzależnioną albo od dawna samotnie ponosi odpowiedzialność za dzieci. Może także sama podejmować decyzję o odejściu, choć druga strona chciałaby kontynuować wspólne życie. Statystyka nie pozwala oddzielić tych historii.
Znaczenie ma zapewne również większa samodzielność ekonomiczna kobiet. Stałe zatrudnienie, własny dochód i wykształcenie zmniejszają ryzyko, że odejście od współmałżonka będzie oznaczało całkowitą utratę materialnego bezpieczeństwa. Nie wyjaśnia to jednak automatycznie każdej sprawy ani nie powinno prowadzić do oskarżania jednej płci.
Wynik przekraczający 66 proc. mówi wyłącznie, kto częściej wykonuje pierwszy krok proceduralny. Nie odpowiada na pytanie o źródło konfliktu, czas jego trwania ani możliwość wcześniejszego pojednania. Każde dalej idące wyjaśnienie wymagałoby osobnych badań.
Co naprawdę oznacza niezgodność charakterów?
Niemal 60 proc. rozstań wiązano w dokumentacji z niezgodnością charakterów. Na drugim planie pojawiały się niewierność oraz alkoholizm. Zestawienie może sugerować, że większość małżeństw kończy się z powodu ogólnej niemożności porozumienia, lecz kategoria używana przez sądy jest bardzo szeroka.
Za podobnym sformułowaniem mogą stać odmienne poglądy na wychowanie dzieci, pieniądze, religię, pracę, seksualność albo relacje z rodzicami współmałżonka. Niekiedy obejmuje ono wieloletnie oddalenie emocjonalne, w innym przypadku staje się neutralnym określeniem pozwalającym nie ujawniać publicznie intymnych szczegółów. Jedna etykieta prawna może więc opisywać dziesiątki różnych przyczyn.
Wybór pojemnej formuły ułatwia przeprowadzenie sprawy bez wielomiesięcznego sporu dowodowego. Może również ograniczyć wzajemne oskarżenia i zmniejszyć liczbę szczegółów, z którymi później zetkną się dzieci. Nie oznacza to, że rzeczywiste powody były błahe.
Z konserwatywnego punktu widzenia warto pytać nie tylko o to, dlaczego relacja ostatecznie się rozpadła, lecz także w którym momencie można było jeszcze przerwać rozwój konfliktu. Zapisana w aktach niezgodność charakterów może być końcowym skutkiem problemów, które przez wiele lat pozostawały bez odpowiedzi.
Czy brak orzeczenia o winie oznacza zgodne rozstanie?
W 85 proc. rozwodów nie wskazano strony winnej rozpadu małżeństwa. Taki sposób zakończenia sprawy występował zatem w 17 na 20 wyroków. Jest to zdecydowanie dominująca ścieżka prawna.
Nie wynika z niej jednak, że małżonkowie rozstawali się bez żalu, konfliktu i wzajemnych pretensji. Rezygnacja z walki o winę może być próbą skrócenia procesu, ochrony prywatności albo uniknięcia wysokich kosztów. Rodzice mogą także uznać, że długie postępowanie dodatkowo obciąży dzieci.
Postępowanie bez rozstrzygania winy pozwala sądowi potwierdzić zupełny i trwały rozkład pożycia bez szczegółowego odtwarzania odpowiedzialności każdej ze stron. Prawne zakończenie sporu nie zawsze oznacza jednak jego psychologiczne zamknięcie. Konflikt może później przenieść się na podział majątku, alimenty, miejsce zamieszkania dzieci albo kontakty z drugim rodzicem.
Jeszcze większą ostrożność nakazuje liczba separacji. W całym 2025 r. było ich około 600, czyli mniej więcej 100 razy mniej niż rozwodów. Rozwiązanie zachowujące formalne małżeństwo i możliwość powrotu do wspólnego życia pozostaje wyborem skrajnie rzadkim.
Jak wielu dzieci dotyka rozstanie rodziców?
W ogólnej liczbie wyroków łatwo znikają osoby, które nie są stronami postępowania. Szczegółowe informacje za 2024 r. pokazują, że dzieci poniżej 18. roku życia wychowywało ponad 57 proc. rozwiedzionych małżeństw. Łącznie konsekwencje rodzinnej zmiany objęły około 51 tys. małoletnich.
W ciągu 24 lat gruntownie przekształcił się sposób rozstrzygania o wychowaniu dzieci. W 2000 r. wspólne wykonywanie opieki ustalano w 29 proc. spraw, natomiast w 2024 r. już w blisko 77 proc. Oznacza to różnicę 48 punktów procentowych.
Odwrotny kierunek widać w wyrokach powierzających opiekę jedynie matce. Ich udział obniżył się z 65 proc. w 2000 r. do 19 proc. w 2024 r. Wyłącznie ojcu powierzano dzieci w około 2 proc. przypadków, wobec niecałych 4 proc. na początku wieku.
Dane z 2025 r. potwierdzają dominację wspólnego wychowywania. Wyłączna opieka matki pojawiała się mniej więcej w co 5. wyroku dotyczącym małoletnich. Prawo coraz mocniej podkreśla więc, że rozwiązanie małżeństwa nie powinno usuwać któregokolwiek z rodziców z życia dziecka.
Najtrudniejsze zadanie zaczyna się jednak po opuszczeniu sądu. Dziecko potrzebuje przewidywalnego rytmu życia, ochrony przed sporem dorosłych i pewności, że nie będzie zmuszane do wybierania jednej strony. Formalnie wspólna opieka pozostanie pustym zapisem, jeżeli rodzice nie potrafią porozumieć się w podstawowych sprawach.
Dlaczego rośnie liczba rozwodów po 50. roku życia?
W 2000 r. osoby mające co najmniej 50 lat i kończące związek trwający minimum 30 lat odpowiadały za około 4 proc. rozwodów. W 2025 r. udział tej grupy sięgnął 9 proc. W ciągu ćwierćwiecza wzrósł więc o 5 punktów procentowych, czyli o 125 proc. w ujęciu względnym.
Dłuższe życie całkowicie zmienia perspektywę późnej dorosłości. Człowiek po pięćdziesiątce może mieć przed sobą jeszcze 25, 30 albo więcej lat. Jeżeli związek od dawna nie daje wsparcia, decyzja o pozostaniu w nim do końca życia przestaje być traktowana jako jedyna możliwość.
Istotna jest również samodzielność materialna. Własne emerytury, oszczędności i doświadczenie zawodowe sprawiają, że rozstanie po wielu latach nie musi prowadzić do całkowitej zależności ekonomicznej od byłego współmałżonka. Zmalało także społeczne potępienie rozwodu w starszym wieku.
Koszty takiej decyzji pozostają jednak wysokie. Majątek gromadzony przez 3 dekady trzeba podzielić, a utrzymanie 2 mieszkań jest droższe niż prowadzenie 1 gospodarstwa. Pojawia się również ryzyko samotności, szczególnie podczas choroby i po zakończeniu aktywności zawodowej.
Późne rozwody mają znaczenie dla polityki mieszkaniowej, opieki nad seniorami i systemu pomocy społecznej. Jeżeli rośnie liczba starszych osób mieszkających samotnie, część obowiązków wykonywanych wcześniej przez współmałżonka przejmą dzieci albo instytucje publiczne. Prywatna decyzja zaczyna wówczas wywoływać skutki odczuwalne przez całe społeczeństwo.
Dlaczego w miastach rozwodzi się częściej?
Częstość rozwodów w ośrodkach miejskich jest niemal 3 razy większa niż na wsi. W przypadku separacji przewaga miast jest około 2-krotna. Różnica nie sprowadza się jedynie do liczby mieszkańców, lecz dotyczy natężenia zjawiska.
Miasto daje większą anonimowość, ułatwia znalezienie pracy i oferuje szerszy rynek mieszkań. Osoba planująca odejście ma tam zwykle więcej możliwości zorganizowania samodzielnego życia. Łatwiejszy jest także dostęp do prawników i instytucji pomagających w przeprowadzeniu postępowania.
Na wsi związek częściej pozostaje osadzony w sieci krewnych, sąsiadów, parafii i wspólnego gospodarowania. Te relacje mogą pomagać w przetrwaniu kryzysu, ponieważ małżonkowie nie pozostają sami ze swoimi problemami. Mogą jednak również utrudniać odejście z relacji, która stała się niebezpieczna lub głęboko destrukcyjna.
Statystyka nie pozwala uznać wszystkich małżeństw wiejskich za szczęśliwsze, a miejskich za słabsze. Pokazuje natomiast, że otoczenie społeczne wpływa na trwałość rodziny. Wspólnota może dostarczać wsparcia, ale może też wywierać presję niezależnie od jakości związku.
Co powinno wynikać z tych danych dla państwa?
Trwała rodzina wykonuje pracę, której rachunku państwo zazwyczaj nie widzi. Wychowuje dzieci, opiekuje się chorymi, wspiera seniorów, amortyzuje utratę pracy i zapewnia codzienną pomoc bez angażowania urzędów. Kiedy więzi rodzinne przestają działać, znaczna część tych obowiązków nie znika, lecz przechodzi na instytucje publiczne.
Polityka rodzinna nie powinna ograniczać się do świadczeń wypłacanych po urodzeniu dziecka. Potrzebne są warunki pozwalające młodym ludziom wcześniej się usamodzielnić, znaleźć mieszkanie, połączyć pracę z rodzicielstwem i zachować czas dla najbliższych. Kryzys relacji często rozwija się nie z powodu jednego dramatycznego wydarzenia, lecz wskutek wieloletniego przeciążenia.
Równie ważna jest pomoc dostępna przed złożeniem pozwu. Mediacja, terapia rodzinna, leczenie uzależnień oraz poradnictwo finansowe mogą uratować część związków, jeżeli zostaną zaoferowane odpowiednio wcześnie. W sytuacjach przemocy pierwszeństwo musi mieć bezpieczeństwo ofiary i dzieci, dlatego wsparcia małżeństwa nie wolno mylić z przymusem pozostania w niebezpiecznym domu.
Konserwatywna odpowiedź nie może sprowadzać się ani do moralizowania, ani do uznania każdego rozpadu za neutralny wybór konsumencki. Małżeństwo jest zobowiązaniem łączącym wolność z odpowiedzialnością, a jego trwałość ma znaczenie dla osób znacznie wykraczających poza samą parę. Państwo powinno więc ułatwiać dotrzymywanie zobowiązań, nie odbierając człowiekowi ochrony w sytuacji rzeczywistego zagrożenia.
Najbardziej niepokojący wniosek nie dotyczy samej liczby rozwodów. Polska ma dziś mniej istniejących małżeństw, niższy napływ nowych związków i coraz większą grupę ludzi odkładających decyzję o rodzinie. Jeżeli trwałe relacje przestaną być realnym projektem dla młodego pokolenia, skutków nie da się naprawić wyłącznie kolejnym programem finansowym.

















