pierwsze Ferrari Luce za 40 milionów dolarów

Elektryczne Ferrari droższe od legendarnego McLarena

Podziel się
Twitter
Email
Drukuj
Pierwsze produkcyjne Ferrari Luce osiągnęło podczas aukcji RM Sotheby’s cenę 40 milionów dolarów, przewyższając wyniki uzyskane przez McLarena F1 GTR oraz Ferrari Daytonę SP3. Nabywca zapłacił jednak nie tylko za elektryczny samochód z numerem podwozia 0, lecz także za szczególne miejsce w historii Maranello. Cały dochód ze sprzedaży zostanie przeznaczony na wspieranie inicjatyw edukacyjnych.

Wartość samochodu można próbować obliczyć na podstawie jego osiągów, zastosowanych materiałów, kosztów produkcji albo liczby dostępnych egzemplarzy. Żadne z tych kryteriów nie tłumaczy jednak ceny uzyskanej przez pierwsze Ferrari Luce podczas aukcji RM Sotheby’s w Kalifornii. Elektryczny model z podwoziem oznaczonym numerem 0 został wylicytowany za 40 milionów dolarów, czyli równowartość ponad 35 milionów euro.

Był to moment, w którym zwykła logika rynku samochodowego przestała mieć zastosowanie. Luce nie ma jeszcze wyścigowej przeszłości, nie należało do sławnego kierowcy i nie jest odnalezionym po latach klasykiem z czasów Enza Ferrariego. To nowy samochód elektryczny, który zaledwie kilka miesięcy wcześniej wywołał jeden z najostrzejszych sporów wśród miłośników włoskiej marki.

Mimo to właśnie ten model osiągnął najwyższą cenę podczas sobotniej części aukcji towarzyszącej Monterey Car Week. Rezultat okazał się również jednym z najbardziej spektakularnych wydarzeń całego tygodnia kolekcjonerskiej motoryzacji, którego najważniejszym punktem jest konkurs elegancji w Pebble Beach.

Nabywca nie kupował zwykłego samochodu

Luce wystawione na sprzedaż nie było jednym z egzemplarzy oczekujących na odbiór u dealera. Ferrari określiło je mianem „Chassis 0”, podkreślając, że jest to pierwszy samochód powstały w ramach seryjnego programu nowego modelu. W motoryzacyjnym kolekcjonerstwie pierwszeństwo może mieć wartość równie dużą jak unikatowa konstrukcja lub udokumentowana historia startów.

Nowy właściciel kupił zatem nie tylko elektryczne Ferrari, lecz także trwałe miejsce w dziejach firmy. Wszystkie kolejne Luce będą porównywane z tym samochodem, a jego numer pozostanie niepowtarzalny niezależnie od przyszłej wielkości produkcji. Jeżeli elektryczny model okaże się początkiem nowej epoki w Maranello, egzemplarz sprzedany w Monterey będzie symbolicznym punktem otwierającym tę historię.

Samochód wyróżnia także indywidualna specyfikacja opracowana przez dział Ferrari Tailor Made. Perłowe, półmatowe nadwozie wykorzystuje pigment zmieniający refleksy od zieleni do fioletu w zależności od światła. Jasna kompozycja obejmuje również koła, zaciski hamulcowe oraz elementy oznaczeń, a we wnętrzu zastosowano metalizowaną skórę Perla i wykończenia Grigio Corvara. Specjalna tabliczka potwierdza status pierwszego egzemplarza produkcyjnego.

Wyjątkowa konfiguracja może uzasadniać kolekcjonerską premię, ale nadal nie wyjaśnia kilkudziesięciu milionów dolarów. Źródeł tak wysokiej ceny należy szukać w systemie, który Ferrari stworzyło wokół swoich najbardziej pożądanych samochodów.

Miejsce w hierarchii klientów Ferrari ma swoją cenę

W przypadku najrzadszych modeli pieniądze nie zawsze wystarczają, aby zostać ich właścicielem. Ferrari od lat kieruje limitowane serie do wybranych kolekcjonerów, biorąc pod uwagę ich wcześniejsze zakupy, lojalność i relację z firmą. Możliwość zamówienia najbardziej ekskluzywnych aut jest przywilejem, który trzeba zdobywać przez wiele lat.

Zakup pierwszego Luce może więc otwierać drzwi do ścisłego kręgu klientów Maranello. Osoba gotowa przeznaczyć 40 milionów dolarów na samochód wystawiony przez producenta wysyła niezwykle czytelny sygnał dotyczący swojego przywiązania do marki. Taka transakcja może mieć znaczenie przy przyszłych zaproszeniach do zamkniętych prezentacji oraz przydziale egzemplarzy kolejnych serii specjalnych.

Na sali aukcyjnej znaczenie wydarzenia podkreślała obecność osób związanych z kierownictwem Ferrari. Licytację obserwowali między innymi Piero Ferrari, syn założyciela przedsiębiorstwa, jego wnuk Enzo oraz dyrektor marketingu marki. Gdy prowadzący zakończył sprzedaż na poziomie 40 milionów dolarów, przedstawiciele firmy zaczęli sobie gratulować, a publiczność zareagowała niedowierzaniem.

Emocje udzieliły się także osobom zgromadzonym na zewnątrz budynku, które śledziły wydarzenie na dużym ekranie. Wynik był zaskakujący nawet jak na kalifornijski tydzień aukcyjny, podczas którego granice rozsądnych wycen regularnie przesuwają najzamożniejsi kolekcjonerzy świata.

Elektryczne Ferrari wyprzedziło legendę torów

Najlepszym punktem odniesienia dla ceny Luce był McLaren F1 GTR z 1996 r., sprzedawany podczas tej samej aukcji. To samochód należący do najbardziej cenionych konstrukcji końca XX wieku, związany z programem wyścigowym McLarena i przez 25 lat pozostający własnością Nicka Masona, perkusisty Pink Floyd. Za egzemplarz oznaczony numerem 10R zapłacono 34,655 miliona dolarów.

Nowe Ferrari bez sportowej przeszłości pokonało zatem samochód, za którym przemawiały rzadkość, rozpoznawalna historia i bezpośredni związek z epoką triumfu McLarena F1 w wyścigach długodystansowych. Różnica wyniosła ponad 5 milionów dolarów. Zestawienie tych dwóch transakcji pokazuje, że współczesny rynek kolekcjonerski coraz częściej wycenia nie tyle przeszłość przedmiotu, ile możliwość zajęcia uprzywilejowanego miejsca w opowieści, która dopiero się rozpoczyna.

Równie wymowne jest porównanie z Ferrari Daytona SP3 z 2023 r. Jeden z 600 egzemplarzy limitowanej serii Icona, wyposażony w wolnossący silnik V12, osiągnął dzień wcześniej 17,825 miliona dolarów. Pod względem konstrukcji, dźwięku i odwołań do tradycji był znacznie bliższy klasycznemu Ferrari niż elektryczne Luce, a mimo to kosztował mniej niż połowę ceny zapłaconej za „Chassis 0”.

Nie oznacza to, że rynek uznał Luce za samochód dwukrotnie cenniejszy od Daytony SP3. Każda z tych transakcji miała odmienny charakter, a w przypadku pierwszego elektrycznego Ferrari do gry wszedł czynnik, który całkowicie zmienił zasady licytacji.

Rekordowa cena była również darowizną

Wpływy ze sprzedaży Luce zostaną przekazane Fundacji Ferrari. Organizacja ma wykorzystać pieniądze do finansowania przedsięwzięć edukacyjnych, co przekształciło zakup samochodu w wydarzenie charytatywne. Uczestnicy aukcji wiedzieli, że oferowane przez nich kwoty nie staną się dochodem prywatnego właściciela, ale posłużą celom społecznym.

W takich okolicznościach nie sposób oddzielić ekonomicznej wartości przedmiotu od wielkości darowizny. Zwycięzca licytacji otrzymuje unikatowy samochód, prestiż najważniejszego klienta Ferrari oraz publiczne uznanie związane z pomocą finansową. Każdy z tych elementów zwiększa gotowość do podbijania ceny, nawet gdy dawno przekroczyła ona poziom możliwy do uzasadnienia wartością samego pojazdu.

Charytatywny charakter sprzedaży jest zatem najważniejszym wyjaśnieniem rekordu. Bez niego trudno byłoby przyjąć, że seryjny samochód elektryczny może kosztować więcej niż jeden z najbardziej znaczących McLarenów F1 GTR. W Monterey kupowano jednak równocześnie maszynę, status, fragment historii Ferrari i możliwość sfinansowania programów edukacyjnych.

Czy 40 milionów dolarów kończy spór o Ferrari Luce

Rekord aukcyjny nie jest dowodem na rynkowy sukces całego modelu. O losach Luce zdecydują reakcje klientów odbierających zwykłe egzemplarze, zachowanie wartości na rynku wtórnym oraz zdolność Ferrari do przeniesienia własnego charakteru do samochodu pozbawionego silnika spalinowego. Jedna nadzwyczajna transakcja charytatywna nie pozwala jeszcze odpowiedzieć na żadne z tych pytań.

Aukcja zmienia jednak sposób, w jaki będzie opowiadana historia elektrycznego Ferrari. Model, który po premierze stał się obiektem gwałtownej krytyki, otrzymał rekord otwierający jego rynkową biografię. Od tej chwili Luce nie jest już wyłącznie kontrowersyjną próbą pogodzenia tradycji z elektromobilnością, lecz także samochodem, za który ktoś zdecydował się zapłacić 40 milionów dolarów.

Najważniejszym produktem Ferrari ponownie okazała się nie sama technologia, ale wyjątkowość. Maranello potrafiło nadać pierwszemu egzemplarzowi rangę historycznego obiektu jeszcze przed jego dostarczeniem właścicielowi. Niezależnie od przyszłości elektrycznego modelu sobotnia aukcja pokazała, że marka nadal umie zamieniać emocje, dostęp i symboliczne znaczenie w wartość, której nie sposób wyprowadzić z katalogu cenowego.

Kazimierz Olejnik

Materiał chroniony prawem autorskim – wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy.

Warto przeczytać