MBS i Donald Trump

MBS rozdaje karty między Trumpem Iranem i Izraelem

Podziel się
Twitter
Email
Drukuj
Donald Trump dysponuje największą armią świata, ale na Bliskim Wschodzie nie może działać bez regionalnych partnerów. Mohammed bin Salman ma pieniądze, wpływy i dostęp do przywódców, których Waszyngton potrzebuje, aby zakończyć wojnę z Iranem i doprowadzić do porozumienia z Izraelem.

Gdy Donald Trump grozi Iranowi kolejnymi uderzeniami, a następnie łagodzi stanowisko, uwaga obserwatorów kieruje się nie tylko na Biały Dom. Równie ważne staje się pytanie o to, kto rozmawiał wcześniej z amerykańskim prezydentem i jakimi argumentami próbował wpłynąć na jego decyzję. Wśród przywódców posiadających bezpośredni dostęp do Trumpa szczególne miejsce zajmuje Mohammed bin Salman, następca tronu i faktyczny przywódca Arabii Saudyjskiej.

W wywiadzie udzielonym francuskiemu „Atlantico” Dov Zerah, były dyrektor generalny Francuskiej Agencji Rozwoju, twierdzi, że MBS przekonał Trumpa do rezygnacji z następnego ataku na Iran. Nie jest to informacja potwierdzona oficjalnie przez obie strony, ale dobrze pokazuje szerszy proces. Stany Zjednoczone pozostają najpotężniejszym graczem militarnym w regionie, lecz bez współpracy z Arabią Saudyjską, Turcją, Katarem i Izraelem nie są w stanie przeprowadzić żadnej trwałej przebudowy Bliskiego Wschodu.

Kto może wpływać na decyzje Donalda Trumpa?

Dov Zerah wskazuje czterech przywódców, z którymi Trump musi się liczyć. Są nimi prezydent Turcji Recep Tayyip Erdoğan, emir Kataru Tamim ibn Hamad Al Sani, premier Izraela Benjamin Netanjahu oraz Mohammed bin Salman. Każdy posiada inne narzędzia nacisku i każdy jest potrzebny Waszyngtonowi w innym obszarze.

Turcja kontroluje część procesów zachodzących w Syrii i ma wpływ na sytuację Kurdów. Katar pośredniczy w negocjacjach dotyczących Hamasu oraz Strefy Gazy. Izrael dysponuje największą regionalną siłą militarną i prowadzi własną politykę wobec Iranu, nawet jeśli nie zawsze odpowiada ona planom Białego Domu. Arabia Saudyjska łączy natomiast pieniądze, ropę, wpływy religijne oraz możliwość otwierania drzwi do pozostałych państw arabskich.

Według rozmówcy „Atlantico” to właśnie MBS stał się „prawdziwym środkiem ciężkości dyplomatycznej Bliskiego Wschodu”. Sformułowanie jest mocne, ponieważ książę nie kontroluje ani Izraela, ani Iranu, ani Turcji. Potrafi jednak rozmawiać ze wszystkimi najważniejszymi stronami, a jego decyzja może przesądzić o powodzeniu lub porażce amerykańskich planów.

Relacje Trumpa z Netanjahu stały się przy tym bardziej napięte. Izraelski premier sprzeciwia się rozwiązaniom, które jego zdaniem mogłyby pozwolić Hamasowi przetrwać i odbudować swoje struktury. Trump chciałby natomiast zakończenia konfliktu, które mógłby przedstawić jako sukces przed listopadowymi wyborami do Kongresu. MBS zyskuje na tej różnicy zdań, ponieważ może występować jako pośrednik zdolny rozmawiać zarówno z Waszyngtonem, jak i pozostałymi stolicami arabskimi.

Dlaczego Trump uważnie słucha saudyjskiego księcia?

Zerah uważa, że amerykański prezydent jest szczególnie podatny na argumenty ludzi posiadających wielkie majątki. W rozmowie z „Atlantico” stwierdza wprost, że Trumpa fascynują pieniądze oraz bardzo bogaci przywódcy tacy jak MBS. Taka ocena jest wyraźnie krytyczna, ale gospodarczy wymiar amerykańsko-saudyjskich relacji rzeczywiście trudno przecenić.

Podczas wizyty Trumpa w Rijadzie w maju 2025 r. ogłoszono saudyjskie zobowiązania inwestycyjne w Stanach Zjednoczonych warte 600 miliardów dolarów. Częścią pakietu była sprzedaż amerykańskiego uzbrojenia o wartości blisko 142 miliardów dolarów. Pół roku później Biały Dom poinformował, że zapowiadane saudyjskie inwestycje mają docelowo zbliżyć się do biliona dolarów. Chodzi o wieloletnie plany i kontrakty, a nie o gotówkę przekazaną jednorazowo, jednak liczby robią polityczne wrażenie. Szczegóły pierwszej części porozumień przedstawił ostatnio Biały Dom.

Współpraca obejmuje sektor zbrojeniowy, energetykę, sztuczną inteligencję, infrastrukturę oraz cywilny program jądrowy Arabii Saudyjskiej. Waszyngton zapowiedział również przyszłe dostawy samolotów F-35. Dla Trumpa oznacza to zamówienia dla amerykańskich przedsiębiorstw i argument, że jego polityka tworzy miejsca pracy. Dla MBS jest to sposób na zdobycie technologii, wzmocnienie obrony królestwa i zapewnienie sobie stałego dostępu do prezydenta USA.

Nie oznacza to, że książę może kupić każdą decyzję Waszyngtonu. Amerykańska administracja ma własne cele, a na Trumpa oddziałują również Izrael, wiceprezydent J.D. Vance, część republikańskich wyborców oraz obawy przed kosztami przedłużającej się wojny. Saudyjskie pieniądze sprawiają jednak, że stanowiska Rijadu nie można łatwo zignorować.

Czy Arabia Saudyjska chciała wojny z Iranem?

Odpowiedź nie jest jednoznaczna, ponieważ oficjalne komunikaty i medialne doniesienia przedstawiały różne wersje wydarzeń. Jeszcze w styczniu 2026 r. Mohammed bin Salman zapewniał prezydenta Iranu Masuda Pezeszkiana, że nie pozwoli wykorzystać saudyjskiej przestrzeni powietrznej ani terytorium królestwa do przeprowadzenia ataku. Rijad deklarował wtedy poparcie dla rozwiązania sporu drogą rozmów.

Niedługo przed rozpoczęciem amerykańsko-izraelskiej operacji pojawiły się jednak informacje, że MBS miał prywatnie zachęcać Trumpa do uderzenia. Arabia Saudyjska stanowczo temu zaprzeczyła. Rzecznik jej ambasady w Waszyngtonie Fahad Nazer przekonywał, że królestwo przez cały czas wspierało wysiłki dyplomatyczne i nie naciskało na zmianę polityki prezydenta USA. Saudyjskie stanowisko w tej sprawie opisał między innymi „Saudi Gazette”.

Wywiad w „Atlantico” przynosi jeszcze inny etap tej historii. Zerah twierdzi, że po miesiącach walk to MBS odwiódł Trumpa od następnego uderzenia. Wszystkie te informacje można pogodzić, jeśli przyjąć, że saudyjska strategia nie polega ani na obronie Iranu, ani na dążeniu do jego całkowitego zniszczenia.

Rijad chciałby, aby Teheran nie posiadał broni jądrowej, nie atakował sąsiadów i przestał finansować organizacje zbrojne w regionie. Nie jest jednak zainteresowany rozpadem Iranu, chaosem politycznym ani wojną ciągnącą się przez kolejne lata. Upadek irańskich władz mógłby doprowadzić do walk między różnymi ośrodkami siły, fali uchodźców, jeszcze większego zagrożenia dla transportu ropy oraz rozprzestrzenienia broni.

Ważnym punktem zwrotnym było porozumienie zawarte w Pekinie w marcu 2023 r. Arabia Saudyjska i Iran, przy pośrednictwie Chin, postanowiły przywrócić stosunki dyplomatyczne, ponownie otworzyć ambasady oraz wznowić wcześniejszą współpracę w dziedzinie bezpieczeństwa. Nie zakończyło to regionalnej rywalizacji, ale stworzyło kanał kontaktu, który może być wykorzystywany także podczas kryzysu. Treść porozumienia opublikowało chińskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych.

Dlaczego cieśnina Ormuz zmieniła kalkulacje Rijadu?

Po rozpoczęciu wojny 28 lutego 2026 r. okazało się, że nawet poważne osłabienie irańskiej armii nie wystarczy do zapewnienia swobodnej żeglugi w Zatoce Perskiej. Teheran zaczął wykorzystywać cieśninę Ormuz jako narzędzie nacisku na Stany Zjednoczone i ich partnerów. W połowie sierpnia ruch statków przewożących surowce utrzymywał się na poziomie wielokrotnie niższym niż przed wojną, a kolejne jednostki stawały się celami ataków.

Dla saudyjskich władz bezpieczeństwo szlaków morskich ma znaczenie podstawowe. Państwo nadal uzyskuje ogromną część przychodów z eksportu ropy, a ambitne projekty MBS potrzebują zagranicznego kapitału. Inwestorzy mogą zaakceptować polityczne napięcia, ale znacznie ostrożniej podchodzą do regionu, w którym rafinerie, porty i tankowce regularnie znajdują się pod ostrzałem.

Iran pokazał też, że potrafi wywierać presję za pośrednictwem sprzymierzonych organizacji. W sierpniu Huti przeprowadzili atak dronowy na instalację Saudi Aramco w Dżazanie. Nie było ofiar, a pożar został ugaszony, lecz uderzenie przypomniało o wrażliwości saudyjskiej infrastruktury. Jednocześnie zagrożone pozostawały dwa kluczowe przejścia morskie, czyli cieśnina Ormuz oraz położona przy wybrzeżu Jemenu cieśnina Bab al-Mandab.

W marcu Rijad ostro potępił irańskie ataki na Arabię Saudyjską i pozostałe państwa Zatoki. Władze królestwa zapowiedziały obronę własnego terytorium, a następnie wydaliły irańskiego attaché wojskowego, jego zastępcę i trzech pracowników ambasady. Mimo tak zdecydowanych działań Arabia Saudyjska nadal popierała próby deeskalacji, ponieważ kolejne bombardowania nie dawały gwarancji szybkiego otwarcia szlaków handlowych. Oficjalne stanowisko Rijadu przedstawiła Saudyjska Agencja Prasowa.

Również Trump ma powody, by ograniczyć skalę wojny. Droższe paliwo uderza w amerykańskich kierowców i może zaszkodzić Republikanom podczas wyborów środka kadencji. Dlatego administracja USA ponownie przesunęła ciężar działań w stronę blokady morskiej i presji finansowej. Reuters informował, że Pentagon deklaruje możliwość utrzymywania blokady irańskich portów bez wyznaczania daty jej zakończenia.

Czy powstaje nowe NATO państw muzułmańskich?

Wojna obnażyła słabość systemu bezpieczeństwa państw Zatoki. Mimo zakupów nowoczesnej broni Arabia Saudyjska nie ma pewności, że Stany Zjednoczone będą w każdych okolicznościach gotowe do jej obrony. MBS postanowił więc uzupełnić amerykańskie gwarancje własną siecią porozumień.

7 sierpnia 2026 r. Arabia Saudyjska, Turcja i Pakistan podpisały w Mekce wspólny układ obronny. Jego najważniejsza zasada mówi, że napaść na jednego uczestnika będzie uznawana za atak na wszystkie trzy państwa. Turecki minister spraw zagranicznych Hakan Fidan porównał ten mechanizm do artykułu 5 traktatu NATO, zastrzegając jednak, że porozumienie nie zostało skierowane przeciwko Iranowi ani innemu konkretnemu krajowi. O szczegółach układu informował Reuters.

Każdy uczestnik posiada atuty, których potrzebują pozostali. Saudowie zapewniają kapitał oraz polityczne wpływy, Turcja dysponuje liczną armią i rozwiniętym przemysłem obronnym, natomiast Pakistan ma broń atomową oraz wieloletnie doświadczenie wojskowe. Nie oznacza to jednak, że Islamabad automatycznie użyje arsenału nuklearnego w obronie Rijadu albo że Ankara rozpocznie wojnę z Iranem po każdym ataku na saudyjski obiekt.

Określenie „islamskie NATO” jest więc na razie przesadzone. Państwa podpisały ważne zobowiązanie, ale dopiero przyszłe kryzysy pokażą, jak będzie ono wykonywane. Polityczne znaczenie porozumienia jest jednak czytelne. Arabia Saudyjska nie odwraca się od Ameryki, lecz szuka dodatkowego zabezpieczenia na wypadek, gdyby pomoc Waszyngtonu przyszła zbyt późno lub została ograniczona warunkami politycznymi.

Co MBS może uzyskać od Izraela i Syrii?

Najcenniejszą kartą w ręku saudyjskiego następcy tronu pozostaje możliwość nawiązania oficjalnych stosunków z Izraelem. Dla Trumpa przystąpienie Rijadu do Porozumień Abrahamowych oznaczałoby historyczne osiągnięcie. Izrael zyskałby natomiast uznanie państwa, które jest gospodarzem dwóch najświętszych miejsc islamu i posiada ogromny wpływ na świat arabski.

Saudowie nie mówią kategorycznie „nie”, ale uzależniają decyzję od stworzenia wiarygodnej drogi prowadzącej do państwa palestyńskiego. Rząd Benjamina Netanjahu nie chce zaakceptować rozwiązania, które uznałby za nagrodę dla Hamasu albo zagrożenie dla bezpieczeństwa Izraela. W rezultacie MBS może czekać, podczas gdy Trump i Netanjahu znajdują się pod presją osiągnięcia politycznego przełomu.

W lipcu 2026 r. amerykański prezydent oświadczył, że zgoda na rozwój saudyjskiego cywilnego programu jądrowego będzie zależała od wejścia królestwa do Porozumień Abrahamowych. Rijad nie zrezygnował jednak z własnych warunków. Spór pokazuje, że obie strony potrzebują porozumienia, lecz żadna nie chce jako pierwsza wykonać najważniejszego ustępstwa.

Innym przykładem wpływów MBS jest Syria. W maju 2025 r. saudyjski książę doprowadził w Rijadzie do spotkania Trumpa z Ahmedem al-Szarą, który wcześniej kierował ugrupowaniem wywodzącym się z syryjskiej gałęzi Al-Kaidy. Nazywanie go byłym przywódcą Daesh, jak czyni to Dov Zerah w rozmowie z „Atlantico”, jest nieprecyzyjne. Po spotkaniu Stany Zjednoczone zaczęły znosić sankcje wobec nowych władz w Damaszku, zachowując ograniczenia dotyczące Baszara al-Asada, terrorystów i sprawców naruszeń praw człowieka.

To pokazuje rzeczywiste znaczenie saudyjskiego przywódcy. Nie wydaje rozkazów Trumpowi, lecz potrafi stworzyć warunki, w których amerykański prezydent podejmuje decyzję zgodną również z interesem Rijadu. MBS oferuje dostęp do świata arabskiego, pieniądze na odbudowę oraz polityczne uznanie, którego potrzebują nowe władze państw wychodzących z konfliktu.

Czy MBS jest już najważniejszym przywódcą regionu?

Mohammed bin Salman nie posiada pełnej kontroli nad wydarzeniami na Bliskim Wschodzie. Iran zachował możliwość zakłócania transportu morskiego, Izrael podejmuje samodzielne decyzje wojskowe, Turcja prowadzi własną politykę w Syrii, a bez Kataru trudno wyobrazić sobie negocjacje dotyczące Hamasu. Nawet najbliższe relacje z Trumpem nie dają gwarancji, że Biały Dom zawsze przyjmie stanowisko Rijadu.

MBS osiągnął jednak coś, czego nie udało się większości jego poprzedników. Arabia Saudyjska nie jest już traktowana wyłącznie jako eksporter ropy i nabywca amerykańskiego uzbrojenia. Stała się państwem, które może łączyć lub blokować różne projekty polityczne, od porozumienia z Izraelem po rozmowy z Iranem i tworzenie nowych sojuszy obronnych.

Dov Zerah trafnie dostrzega przesunięcie środka regionalnej polityki w stronę Rijadu, choć może przeceniać osobistą zdolność MBS do sterowania Trumpem. Saudyjski książę nie przejął władzy nad Bliskim Wschodem. Zbudował natomiast pozycję człowieka, bez którego coraz trudniej przeprowadzić jakiekolwiek poważne porozumienie.

Monika Anna Gładzińska

Materiał chroniony prawem autorskim – wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy.

Warto przeczytać