Reklama
Reklama
Creative Commons

[OPINIA] Dariusz Lipiński: Widmo postwolności słowa

Share on facebook
Podziel się
Share on twitter
Twitter
Share on email
Email
Share on print
Drukuj
Blokada kont Donalda Trump w mediach społecznościowych to niebezpieczny precedens. Trzeba znaleźć skuteczną obronę przed widmem ogólnoświatowej cenzury. To powinna być rola UE – pisze Dariusz Lipiński, publicysta

Nie żaden prawicowy radykał, ale polityk jak najbardziej z głównego nurtu – unijny komisarz do spraw rynku wewnętrznego Thierry Breton – porównał bezterminową blokadę konta Donalda Trumpa na Twitterze oraz tymczasowe blokady w innych mediach społecznościowych (Facebook, Instagram) do zamachów terrorystycznych w Nowym Jorku 11 września 2001 roku. Uzasadnieniem decyzji o blokadach miałoby być to, że jakoby informacje Trumpa są zagrożeniem dla demokracji i nawołują do przemocy oraz nienawiści (cytat za „Deutsche Welle”). O tym, co jest zagrożeniem dla demokracji i nawoływaniem do przemocy oraz nienawiści, a co nie, decydują oczywiście szefowie platform społecznościowych.

Breton wie, co mówi. Jest specjalistą. Był między innymi ministrem gospodarki, finansów i przemysłu w dwóch rządach francuskich, dyrektorem generalnym France Télécom, a także wykładowcą w Harvard Business School. Trzykrotnie (w latach 2010, 2017 i 2018) był zaliczany do pierwszej setki odnoszących największe na świecie sukcesy szefów firm w rankingu „Harvard Business Review”. Zna się na kwestiach informacyjno-komunikacyjnych. Warto potraktować serio to, co mówi.

Zaniepokojony jest także rząd niemiecki. Jego rzecznik, Steffen Seibert, powiedział, że ingerencja w prawo do wyrażania opinii jest możliwa jedynie „w ramach, które definiuje ustawodawca, a nie na podstawie decyzji kierownictwa mediów społecznościowych”. Kanclerz Angela Merkel wyraziła przekonanie, że w prawo do wyrażania opinii może ingerować tylko państwo, a nie medium. W opinii rządu niemieckiego ustalanie ram, w których może się odbywać komunikacja w mediach społecznościowych należy do zadań ustawodawcy.

Przywołuję reakcje ważnych polityków zachodnioeuropejskich niekoniecznie sympatyzujących z odchodzącym prezydentem Stanów Zjednoczonych, aby zilustrować powagę sytuacji. Postawienie się szefów ponadnarodowych korporacji, działających bez demokratycznego mandatu i bez kontroli, ponad prawem państw, w których działają oznacza bowiem – zdaniem komisarza Bretona – zmianę paradygmatu roli platform cyfrowych w społeczeństwach. Mówiąc to samo, ale prościej: rewolucję. A rewolucje, dodajmy, najczęściej kończą się opresyjnie.

Wszystkich, którzy się cieszą i uważają, że dobrze tak temu Trumpowi (bo go, na przykład, nie lubią) przestrzegam, że podobna przygoda może przytrafić się również im. Co wczoraj spotkało Donalda Trumpa, jutro może spotkać każdego. Z powodów właściwie dowolnych. Zresztą już spotyka, aczkolwiek politycznie raczej jednostronnie: algorytmy cenzurujące od dawna hulają po Facebooku i Twitterze aż furczy, tylko dotychczas kneblowane były osoby mniej znane niż prezydent Stanów Zjednoczonych, więc trochę mniej się o tym mówiło.

W Polsce premier Mateusz Morawiecki zadeklarował, że mająca kilkudziesięcioletnie doświadczenie z cenzurą Polska nie będzie zgadzać się na to, by korporacje i ich algorytmy mogły decydować o tym, jakie treści mogą być publikowane, a minister sprawiedliwości zarzucił Twitter enuncjacjami o pracach nad ustawą o ochronie wolności słowa. W tej drugiej kwestii jestem sceptyczny. Ministerstwu Sprawiedliwości ustawy o zasięgu międzynarodowym dotychczas kiepsko wychodziły, a mimo sporej fantazji nie mogę wyimaginować sobie sceny, w której polscy prokuratorzy przedstawiają zarzuty Jackowi Dorseyowi (szef Twittera) lub Markowi Zuckerbergowi (założyciel Facebooka). Ale stanowisko premiera Morawieckiego jest już bardzo racjonalne i gdyby zostało przekute w czyn, pojawiłaby się szansa na skuteczną obronę przed widmem ogólnoświatowej cenzury.

Szef polskiego rządu chce, aby kwestią wolności słowa w mediach społecznościowych zajęła się Unia Europejska. Przytoczone na początku tego tekstu opinie kanclerz Merkel i komisarza Bretona czynią dość prawdopodobnym, że tak mogłoby się stać, a wcześniejsze doświadczenia Unii z cyfrowymi gigantami, na które (Google i Apple) Komisja Europejska swego czasu nałożyła wielomiliardowe grzywny za stosowanie praktyk monopolistycznych, dobrze rokują. Dodatkowy plus polegałby na tym, że Unia zajęłaby się (co nie zawsze jej się zdarza) tym, do czego została powołana, w tym przypadku ochroną swych obywateli przed nadużyciami faktycznych monopolistów.

W ciągu tygodnia po zawieszeniu konta Trumpa giełdowy kurs akcji Twittera spadł o ponad 12 proc., a wielu użytkowników tego serwisu deklarowało założenie konta na konkurencyjnym portalu. Sytuacja, w której szefowie wielkich korporacji chcieliby pełnić rolę przez nikogo niewybieranych przywódców politycznych i/lub ideologicznych szamanów, wydaje się bardzo rozwojowa, choć jeszcze nie wiadomo, w którą stronę potoczy się ten rozwój.

 

Dariusz Lipiński – publicysta, fizyk, wykładowca akademicki, samorządowiec. Działał w opozycji antykomunistycznej, był posłem na Sejm V i VI kadencji z ramienia Platformy Obywatelskiej. Obecnie przewodniczący struktur Porozumienia Jarosława Gowina w Poznaniu

Materiał chroniony prawem autorskim – wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy.

Reklama

Warto przeczytać

Reklama