europejski filar NATO

Polska może być zwornikiem nowego Zachodu

Podziel się
Twitter
Email
Drukuj
Europa weszła w czas, w którym dotychczasowe przyzwyczajenia przestają wystarczać, lecz nowe zasady wspólnego bezpieczeństwa jeszcze nie powstały. Ameryka coraz uważniej patrzy na Pacyfik, państwa europejskie odkrywają skalę własnych zaniedbań, a Rosja, Chiny i Iran sprawdzają, czy zachodnie sojusze zachowały zdolność działania. Polska prezydenta Karola Nawrockiego znajduje się w samym środku tej przemiany, ponieważ potrzebuje zarówno trwałej obecności Stanów Zjednoczonych, jak i Europy zdolnej samodzielnie unieść znacznie większy ciężar.

Spór, w którym obie strony popełniają błąd

Po europejskiej stronie Atlantyku przez dziesięciolecia utrwaliło się przekonanie, że amerykańska ochrona stanowi trwały składnik międzynarodowego krajobrazu. Kolejne rządy mogły ograniczać wydatki wojskowe, przesuwać środki na inne cele i zakładać, że najdroższe elementy odstraszania pozostaną domeną Waszyngtonu. System działał tak długo, iż rozwiązanie wynikające z określonego momentu historycznego zaczęto traktować niemal jak naturalne prawo.

Amerykanie odpowiadali na tę wygodę rosnącym zniecierpliwieniem, ale sami również wikłali się w sprzeczność. Oczekiwali od sojuszników większych nakładów i odpowiedzialności, a jednocześnie nie zawsze przychylnie patrzyli na inicjatywy, które mogłyby uczynić Europę bardziej niezależnym uczestnikiem polityki światowej. Łatwiej kierować kontynentem pozostającym wojskowo zależnym, trudniej jednak wymagać od niego, aby w krytycznym momencie przejął zadania wykonywane wcześniej przez Amerykę.

Jean-Sylvestre Mongrenier w wywiadzie udzielonym „Le Figaro” trafnie wskazuje na paradoks szczególnie widoczny za prezydentury Donalda Trumpa. Niechęć obecnego gospodarza Białego Domu do Unii Europejskiej ma, według francuskiego geopolityka, silny komponent osobisty i transakcyjny, podczas gdy chłodna kalkulacja strategiczna prowadziłaby do przeciwnego wniosku. Stany Zjednoczone potrzebują sprawnej Europy właśnie po to, aby móc przeznaczyć więcej uwagi i zasobów na powstrzymywanie chińskich ambicji w Azji.

Dojrzałość nie oznacza zerwania z Ameryką

W europejskiej dyskusji zbyt często pojawiają się dwie skrajne odpowiedzi. Pierwsza nakazuje czekać, aż kolejna administracja w Waszyngtonie przywróci dawny język partnerstwa i uspokoi sojuszników, druga zaś przedstawia pełną niezależność od USA jako warunek politycznej podmiotowości kontynentu. Oba stanowiska pomijają fakt, że Europa nie może obecnie obyć się bez amerykańskich zdolności, lecz jednocześnie nie może dłużej organizować obrony tak, jakby ich dostępność była bezwarunkowa.

Mongrenier kwestionuje w „Le Figaro” popularny obraz Stanów Zjednoczonych jako mocarstwa stale gotowego pilnować ładu w każdym zakątku globu. Waszyngton także w okresie swojej największej przewagi selektywnie angażował siłę, a doświadczenia wojen rozpoczętych po 2001 roku zmniejszyły społeczną gotowość do podejmowania nowych zobowiązań. Obecnie najpoważniejszym ograniczeniem stają się nie tylko możliwości prowadzenia kilku operacji jednocześnie, lecz również zapasy amunicji, wydajność przemysłu i konieczność przygotowania się na kryzys wokół Tajwanu.

Europejska dojrzałość strategiczna powinna zatem oznaczać zdolność działania obok Ameryki, a w wybranych sytuacjach także bez jej natychmiastowego udziału. Nie wymaga to tworzenia konkurencyjnego sojuszu ani demonstracyjnego odcinania się od NATO, lecz inwestycji w obronę powietrzną, transport wojskowy, rozpoznanie, produkcję uzbrojenia, rezerwy i odporność infrastruktury. Partnerstwo staje się naprawdę partnerskie dopiero wówczas, gdy każda ze stron potrafi wnieść do niego siłę, a nie tylko oczekiwania.

Polska pomiędzy dwiema pokusami

Polska debata również bywa zamykana w fałszywej alternatywie. Jedna część opinii publicznej zakłada, że wystarczą uprzywilejowane stosunki z Białym Domem, ponieważ to amerykańska obecność wojskowa nadaje realną treść odstraszaniu Rosji. Druga odpowiada, że skoro polityka USA stała się mniej przewidywalna, rozwiązania należy szukać przede wszystkim w integracji europejskiej i stopniowym ograniczaniu zależności od Waszyngtonu.

Polski interes wymaga jednoczesnego odrzucenia obu uproszczeń. Bez Stanów Zjednoczonych równowaga wojskowa na kontynencie przez wiele lat pozostawałaby niekorzystna, natomiast bez silniejszych partnerów europejskich Polska musiałaby opierać własne bezpieczeństwo na decyzjach podejmowanych daleko od regionu, który dla Amerykanów nie będzie najważniejszym obszarem XXI wieku. Warszawa potrzebuje Ameryki obecnej w Europie i Europy, która nie oczekuje, że wszystkie najtrudniejsze zadania wykona za nią Ameryka.

Takie położenie nie musi być słabością. Polska może stać się państwem tłumaczącym Europie logikę amerykańskiej potęgi, a Amerykanom przypominającym, że ich wpływ na Stary Kontynent opiera się nie tylko na kontraktach zbrojeniowych, lecz także na zaufaniu, ciągłości zobowiązań i przekonaniu, że Zachód stanowi coś więcej niż doraźną koalicję interesów. Warunkiem jest jednak prowadzenie polityki wykraczającej poza zabieganie o przychylność aktualnego lokatora Białego Domu lub chwilową zgodność z dominującym stanowiskiem Berlina i Paryża. To zadanie dla prezydenta Karola Nawrockiego, jego otoczenia, a także rządu wyłonionego po kolejnych wyborach parlamentarnych w 2027 r.

Europejskie centrum nie może kończyć się na Renie

Najbardziej konkretnym elementem wypowiedzi Mongreniera dla „Le Figaro” jest pomysł utworzenia ścisłego formatu obejmującego Paryż, Londyn, Berlin, Warszawę i Rzym. Zestaw tych stolic nie odpowiada tradycyjnej hierarchii Unii Europejskiej, ponieważ uwzględnia Wielką Brytanię, która opuściła UE, oraz Polskę, jeszcze niedawno rzadko zapraszaną do najwęższych gremiów decydujących o kierunku kontynentu. O jego wartości świadczy właśnie to, że nie został zbudowany według instytucjonalnego przyzwyczajenia, lecz zgodnie z mapą rzeczywistych zdolności i zagrożeń.

Francuski i brytyjski potencjał nuklearny, niemiecka baza przemysłowa, włoskie znaczenie na południowej flance oraz polska pozycja na kierunku rosyjskim tworzą układ bardziej kompletny niż każda z dotychczasowych osi. Warszawa nie występowałaby w nim jako przedstawiciel słabszej części kontynentu, ale jako współgospodarz obszaru, na którym bezpieczeństwo Europy jest wystawione na najbardziej bezpośrednią próbę. Byłby to również sygnał, że przesunięcie strategicznego środka ciężkości na wschód zostało wreszcie przełożone na język instytucji.

Taki mechanizm miałby sens tylko wtedy, gdy nie stałby się klubem zamkniętym ani kolejną sceną uroczystych deklaracji. Powinien umożliwiać szybkie uzgadnianie stanowisk, koordynowanie planów przemysłowych oraz włączanie innych państw zależnie od charakteru zagrożenia, a z czasem otworzyć miejsce dla Ukrainy. Jego zadaniem nie byłoby zastępowanie struktur już istniejących, ale wypełnianie luki pomiędzy rozbudowaną procedurą unijną a wojskowym mechanizmem Sojuszu Północnoatlantyckiego.

Nie wystarczy kupić więcej broni

Najciekawsza część diagnozy przedstawionej w „Le Figaro” dotyczy słabości, której nie można usunąć wyłącznie zwiększeniem budżetów obronnych. Mongrenier uważa, że zachodnie społeczeństwa przechodzą kryzys zaufania do własnego dziedzictwa, a uzasadniona zdolność krytycznego rozliczania historii zaczęła miejscami przechodzić w przekonanie o moralnej bezwartościowości całej cywilizacji. Przeciwnicy Zachodu nie mają tymczasem kłopotu z jego rozpoznaniem, nawet jeśli on sam coraz częściej waha się, czy wolno mu mówić o wspólnej tożsamości.

Europa potrzebuje równowagi między pychą a samonegacją. Nie powinna przemilczać własnych win, lecz nie może też zapominać, że wolność jednostki, ograniczenie władzy przez prawo, polityczny pluralizm i możliwość pokojowej zmiany rządzących nie są oczywistym wyposażeniem wszystkich systemów. Obrona zaczyna się wcześniej niż produkcja pocisków, ponieważ najpierw trzeba uznać, że istnieje porządek polityczny, którego utrata byłaby rzeczywistą katastrofą.

Polska Karola Nawrockiego może wnieść do tej rozmowy pamięć społeczeństwa, które zna zarówno skutki porzucenia przez sojuszników, jak i cenę życia poza zachodnim systemem instytucji. Nie daje jej to moralnej wyższości ani monopolu na trafną ocenę, ale powinno wzmacniać zdolność odróżniania niedoskonałości Zachodu od rzeczywistości tworzonej przez jego przeciwników. To rozróżnienie będzie coraz ważniejsze, gdy presja Rosji, Chin i Iranu zacznie łączyć narzędzia militarne, gospodarcze, informacyjne oraz technologiczne.

Nowy układ transatlantycki nie powstanie przez przywrócenie dawnych proporcji, ponieważ Ameryka nie zrezygnuje z priorytetu azjatyckiego, a Europa nie może cofnąć się do czasu strategicznej beztroski. Może natomiast opierać się na bardziej równomiernym podziale odpowiedzialności, w którym Stany Zjednoczone zachowają rolę najpotężniejszego sojusznika, europejskie państwa zbudują własną zdolność reagowania, a Polska połączy dwa brzegi politycznej debaty. Taka rola byłaby trudniejsza niż wybór jednej strony, lecz właśnie dlatego odpowiadałaby rzeczywistemu znaczeniu Warszawy.

Kazimierz Olejnik

Materiał chroniony prawem autorskim – wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy.

Warto przeczytać