fot. Kancelaria Sejmu/Aleksander Zieliński

[OPINIA] Prof. Marek Kaminski: Jak partia Razem stała się Królotwórcą

Podziel się
Twitter
Email
Drukuj
PiS swój program reform, m.in. w sądownictwie był w stanie realizować przede wszystkim z powodu wyniku wyborczego partii Razem w 2015 roku. Takie były konsekwencje tego, że stała się ona Królotwórcą – pisze prof. Marek Kamiński, politolog

25 października 2015 roku po raz pierwszy po 1989 roku jedna partia, PiS, uzyskała większość sejmową. W tych samych wyborach mała partia lewicowa Razem uzyskała 3,62 proc. głosów. Ten pozornie nieistotny wynik partii zarejestrowanej dopiero 21 lipca miał ogromne znaczenie dla zwycięstwa PiS. Razem zabrało część głosów koalicji ZL (Zjednoczona Lewica), która w efekcie nie przekroczyła 8-procentowego progu dla koalicji. Fiasko ZL w przełożeniu ich 7,55 proc. głosów na mandaty znacząco wzmocniło wynik innych partii. Dzięki temu bonusowi PiS uzyskał niewielką większość 51,09 proc. mandatów sejmowych pomimo otrzymania 37,58 proc. głosów.

Według mojej definicji, Razem było Królotwórcą, który jest jednym z rodzajów „spoilera”, czyli relatywnie małej partii wywierającej znaczny wpływ na wynik wyborów. Bez tej przypadkowej pomocy swojego dobroczyńcy, PiS nie mógłby utworzyć samodzielnego rządu Nasuwa się pytanie: Dlaczego Razem startowało, mimo że ich szanse na przekroczenie progu 5 proc. były minimalne? (Wynik wyborczy 3,62 proc. był powyżej estymacji przedwyborczych). Być może wycofanie się z wyborów i przekazanie głosów na ZL byłoby lepszą opcją? Kolejne pytanie brzmi: Dlaczego ZL nie zarejestrowało się jako „komitet wyborców”, dla którego próg wynosił tylko 5 proc?

Jedna z możliwych przyczyn była natury finansowej. Motywacje zostały w dużym stopniu dostarczone przez reguły finansowania partii przez państwo. Partie uzyskujące 3 proc. i więcej głosów lub 6 proc. dla komitetów startujących jako koalicje, otrzymywały dotacje państwowe, nawet jeśli nie przekroczyłyby progów 5 proc. i 8 proc. Ta reguła zachęciła Razem do startu nawet mimo nikłych szans powodzenia. Z kolei ZL wybrało start jako koalicja, a nie komitet wyborców, ze względu na to, że ten ostatni nie otrzymywał od państwa żadnego finansowania.

Najważniejsze konsekwencje Królotwórcy z 2015 roku

Pełniejsze zrozumienie konsekwencji politycznych Królotwórcy wymaga krótkiego naszkicowania niemal rewolucyjnych zmian wprowadzonych przez rządy PiS po 2015 roku. Uzyskanie większości w Sejmie i Senacie oraz wygranie prezydentury pozwoliło PiS na częściowe dokończenie nieskończonej rewolucji antykomunistycznej z 1989 roku oraz wsparcie tych obywateli, którzy na transformacji ustrojowej zyskali niewiele lub nic. „Dobra zmiana” zawierała: program transferów socjalnych 500+, znaczące podniesienie płacy minimalnej, odnowienie dawnego dwuetapowego systemu edukacyjnego, podniesienie wieku obowiązku szkolnego z sześciu do siedmiu lat oraz przywrócenie wieku emerytalnego z docelowych 67 lat do poprzednich 60 lat dla kobiet i 65 lat dla mężczyzn.

Programy społeczne zostały sfinansowane przy jednoczesnym zmniejszeniu deficytu budżetowego dzięki dobrej koniunkturze gospodarczej oraz sukcesom w walce z oszustwami podatkowymi, szczególnie wyłudzeniami VAT. Do innych ważnych przeprowadzonych zmian zaliczyć należy: wprowadzenie podatku bankowego, obniżenie emerytur i rent ok. 40 tysiącom byłych funkcjonariuszom za „służbę na rzecz totalitarnego państwa” do nie więcej niż średniego świadczenia wypłacanego przez ZUS, a także usunięcie z wielu miejsc publicznych nazewnictwa pozostałego po dawnym ustroju.

Najbardziej kontestowana przemiana dokonała się w sądownictwie. Motywacją 12 zmian były nieefektywność systemu, powolność oraz brak reform po roku 1989. System podziału władzy mający źródło w Konstytucji RP z 1997 roku przyznawał dużo władzy sądownictwu przy braku nadzoru ze strony parlamentu i prezydenta. Konstytucja zabrała Sejmowi wcześniejsze prawo do odrzucania orzeczeń Trybunału Konstytucyjnego większością 2/3 głosów. Wybory 93 sędziów Sądu Najwyższego były przeprowadzane przez 25-osobową Krajową Radę Sądownictwa, wybieraną w zdecydowanej większości wewnątrz profesji sędziowskiej. Ponadto system odziedziczył wielu sędziów splamionych uczestnictwem w procesach politycznych przed 1989 rokiem. Pierwszy niekomunistyczny Prezes Sądu Najwyższego, Adam Strzembosz, który potem został zdecydowanym krytykiem reform PiS, oznajmił, że sądownictwo samo się oczyści. Później musiał przyznać się do pomyłki.

Głębokie reformy sądownictwa uzasadniane były faktami dokumentującymi nieefektywność systemu. Wielu więźniów czekało latami na proces, a w rekordowym przypadku czas oczekiwania skazanego na miejsce w więzieniu wyniósł 14 lat. Skandale – lub przynajmniej zdumiewająca indolencja prokuratury i sędziów – miały miejsce przede wszystkim w aferze Amber Gold z 2012 roku z ponad 11 tysiącami ofiar (Komisja Śledcza 2017) i przy oszustwach dzikiej reprywatyzacji z liczbą osób bezpośrednio dotkniętych jej skutkami w samej Warszawie szacowaną na 92 tysiące.

W roku 2010 wydatki na sądownictwo wyniosły ok. 0,85 proc. wydatków rządowych, podczas gdy mediana dla wszystkich krajów Unii Europejskiej wynosiła 0,4 proc. Ustawodawstwo wprowadzone przez PiS w 2016 i 2017 roku zmieniło tryb działania Trybunału Konstytucyjnego, Sądu Najwyższego i Krajowej Rady Sądownictwa z intencją poddania tych struktur większej kontroli ze strony parlamentu i obywateli.

Błędy i niejasności legislacyjne w Konstytucji RP z 1997 roku zawierały wiele odsyłaczy delegujących szczegółowe rozwiązania do gestii większości sejmowej. Należały do nich struktura, zakres lub konkretne procedury takich instytucji jak Trybunał Konstytucyjny czy Sąd Najwyższy, lub wiek przechodzenia w stan spoczynku sędziów. Do jaskrawych błędów należał brak specyfikacji tego, kto wybiera piętnastu członków Krajowej Władzy Sądownictwa spośród wszystkich sędziów. Ustawodawcy PiS skrupulatnie wykorzystali te niejasności i błędy do wprowadzenia głębokich zmian konstytucyjnych mimo braku ustawowej większości 2/3 mandatów sejmowych.

Można było uniknąć opcji nuklearnej

Również dzięki posiadaniu większości sejmowej PiS mógł utworzyć samodzielny gabinet. Bez Królotwórcy Razem, który pomógł mu w osiągnięciu takiej pozycji, PiS musiałby poszukać koalicjanta. Jedynym realistycznym partnerem był centroprawicowy Kukiz’15 z 42 mandatami, którego stan posiadania prawdopodobnie zmniejszyłby się do 38-39 mandatów, gdyby ZL przekroczył próg wyborczy. Za wyjątkiem walki z wyłudzeniami VAT i usuwaniem złogów komunizmu, potencjalny partner koalicyjny był w wielu sprawach mniej radykalny niż PiS, bardziej nastawiony na długofalowe reformy instytucjonalne i bliższy łagodniejszemu skrzydłu PiS reprezentowanemu przez prezydenta Andrzeja Dudę.

Przykładowo, Kukiz’15 wsparł propozycję prezydenta, aby wybierać piętnastu sędziów do Krajowej Rady Sądownictwa z większością kwalifikowaną 60 proc. zamiast zaproponowanej przez PiS zwykłej większości. Głównym punktem programowym Kukiz’15 było zastąpienie systemu proporcjonalnego w wyborach sejmowych systemem opartym o JOW-y i metodę większości względnej. Kiedy PiS w listopadzie 2017 roku zaproponował w projekcie ordynacji wyborczej zniesienie JOW-ów w wyborach wójtów, burmistrzów i prezydentów miast, posłowie Kukiz’15 zareagowali z furią. Lider ugrupowania, Paweł Kukiz, zapowiedział demonstracje uliczne przeciwko rządowi PiS i nawet nazwał tę partię bolszewicką.  Jest oczywiste, że program rewolucyjnych zmian wprowadzonych przez PiS musiałby zostać drastycznie zmieniony, gdyby rządziła koalicja PiS-Kukiz’15.

Kolejną oczywistą konsekwencją mniej radykalnego programu byłaby mniejsza polaryzacja w społeczeństwie, która wyrażała się dramatycznymi oskarżeniami opozycji o „niszczenie demokracji” przez PiS. Strategia walki PO z PiS określana mianem „ulica i zagranica” byłaby mniej spektakularna. Początkowo liczne demonstracje organizowane przez efemeryczny Komitet Obrony Demokracji wymarłyby szybciej, zaś temperatura konfliktu z liderami Unii Europejskiej byłaby niższa. Zapewne uniknięto by też „opcji nuklearnej” użytej przez Komisję Europejską 20 grudnia 2017 roku poprzez artykuł 7.1 i późniejszych prób narzucenia swojej woli przez Brukselę.

Prof. Marek Kaminski – politolog z University of California. Autor m.in. wydanych po polsku książek „Gry więzienne” i „Ordynacje większościowe i JOWy”. Jest autorem tekstu „Spoilery w systemach reprezentacji proporcjonalnej: Analiza ośmiu polskich wyborów parlamentarnych, 1991-2015”, który ukazał się w czasopiśmie „Decyzje”, nr 30/2018 wydawanym przez Akademię Leona Koźmińskiego w Warszawie.

Materiał chroniony prawem autorskim – wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy.

Warto przeczytać