Zaledwie trzy dni po objęciu urzędu Abelardo de la Espriella musiał przerwać polityczny spektakl towarzyszący zmianie władzy i zmierzyć się z katastrofą o skali, której nie przewidywał żaden plan pierwszych stu dni prezydentury. 10 sierpnia 2026 roku zachodnią Kolumbię nawiedziło trzęsienie ziemi o magnitudzie 7,4, niszcząc domy, szpitale, szkoły i drogi w wielu miastach oraz na rozległych terenach departamentu Chocó. Liczba ofiar śmiertelnych przekroczyła 300, tysiące osób zostały ranne, a dziesiątki tysięcy mieszkańców musiały opuścić swoje domy.
Katastrofa uderzyła w kraj w chwili, gdy jego nowy przywódca przekonywał, że państwo odzyska utracony autorytet dzięki zdecydowaniu, sile wojska i ograniczeniu rozbudowanej administracji. De la Espriella chciał rozpocząć urzędowanie od ofensywy przeciwko organizacjom narkotykowym, tymczasem pierwszym przeciwnikiem okazały się zawalone budynki, odcięte miejscowości i niewydolna infrastruktura. To właśnie zdolność przeprowadzenia akcji ratunkowej i późniejszej odbudowy może przesądzić o społecznym odbiorze prezydentury szybciej niż najbardziej zdecydowane deklaracje dotyczące bezpieczeństwa.
Według wstępnych obliczeń straty wywołane przez trzęsienie ziemi mogą sięgnąć 30 bln peso, czyli około 9,6 mld dolarów. Około 24,5 bln peso przypada na zniszczone budynki, natomiast pozostała część obejmuje infrastrukturę publiczną, choć dane te będą jeszcze korygowane wraz z docieraniem ekip szacujących szkody do odizolowanych miejscowości. Reuters podkreśla, że jest to pierwszy kryzys o ogólnokrajowej skali dla prezydenta zaprzysiężonego zaledwie kilka dni wcześniej.
Trzęsienie ziemi stworzyło również polityczny paradoks. Przywódca obiecujący zmniejszenie administracji publicznej nawet o 40 proc. musi teraz udowodnić, że państwo pozostaje wystarczająco sprawne, aby organizować pomoc, wypłacać świadczenia, odbudowywać drogi i zapewnić dach nad głową dziesiątkom tysięcy ludzi. Im większe okażą się koszty katastrofy, tym trudniejsze będzie jednoczesne finansowanie programu militaryzacji bezpieczeństwa, budowy nowych więzień oraz radykalnego ograniczania wydatków.
Jak silny mandat otrzymał nowy prezydent
Abelardo de la Espriella wygrał wybory, ale Kolumbia nie udzieliła mu politycznego czeku bez pokrycia. W drugiej turze przeprowadzonej 21 czerwca zdobył około 12,959 mln głosów, podczas gdy lewicowy senator Iván Cepeda uzyskał blisko 12,708 mln. O wyniku w państwie liczącym ponad 50 mln mieszkańców przesądziła zatem przewaga około ćwierć miliona głosów.
De la Espriella otrzymał 49,7 proc. ważnie oddanych głosów, a jego przeciwnik 48,7 proc. Były to najbardziej wyrównane wybory prezydenckie w Kolumbii od około trzydziestu lat, przeprowadzone przy wyjątkowo wysokiej frekwencji wynoszącej 63,6 proc. Dane opublikowane po głosowaniu pokazują zarazem, że Cepeda zwyciężył w większej liczbie departamentów, natomiast jego rywal zgromadził więcej głosów w najważniejszych skupiskach wyborców.
Nowy przywódca nie jest produktem tradycyjnej kariery parlamentarnej ani wieloletniej pracy w administracji. Zanim wszedł do polityki, zdobył rozpoznawalność jako prawnik, komentator i przedsiębiorca, umiejętnie budujący własną markę medialną. Przydomek „Tygrys” stał się istotną częścią jego kampanii, opartej na przedstawianiu kandydata jako człowieka spoza skompromitowanego systemu partyjnego.
Jego zwycięstwo było możliwe dzięki połączeniu kilku rodzajów niezadowolenia. Część wyborców oczekiwała zaostrzenia polityki wobec partyzantów i karteli, inni sprzeciwiali się reformom Gustava Petra, a jeszcze inni widzieli w prawicowym outsiderze szansę na ograniczenie korupcji i biurokracji. Poparcie nie oznaczało jednak powszechnej zgody na każdy element programu, zwłaszcza że prawie połowa głosujących wybrała kandydata reprezentującego przeciwny kierunek.
Wąska przewaga ma bezpośrednie znaczenie dla sprawowania władzy. Prezydent rozpoczyna kadencję bez jednoznacznej większości społecznej i bez własnego stabilnego zaplecza w Kongresie, a więc każda poważna reforma będzie wymagała pozyskania ugrupowań centrowych. Próba pominięcia parlamentu za pomocą dekretów lub nadzwyczajnych instrumentów prawnych mogłaby natomiast otworzyć konflikt z Sądem Konstytucyjnym i Radą Stanu.
Dlaczego Kolumbijczycy stracili wiarę w dialog
Najgłębsza zmiana zapowiedziana przez De la Espriellę dotyczy sposobu traktowania organizacji zbrojnych. Gustavo Petro postawił swoją prezydenturę na projekt „całkowitego pokoju”, zakładający prowadzenie rozmów nie tylko z partyzantami Armii Wyzwolenia Narodowego, lecz również z dysydentami FARC i niektórymi strukturami przestępczymi. Nowa administracja uznaje ten model za wyczerpany zarówno politycznie, jak i operacyjnie.
Źródeł dzisiejszego sporu należy szukać w porozumieniu z FARC zawartym za prezydentury Juana Manuela Santosa. Układ pozwolił zakończyć działalność głównej struktury partyzanckiej, doprowadził do rozbrojenia tysięcy bojowników i umożliwił części dawnej rebelii wejście do legalnej polityki. Nie wszystkie oddziały podporządkowały się jednak procesowi pokojowemu, a niektóre grupy z czasem odbudowały siłę dzięki dochodom z kokainy, nielegalnych kopalń oraz wymuszania haraczy.
W rezultacie zakończenie wojny z jednym przeciwnikiem nie przyniosło państwu monopolu na przemoc. Na wielu terenach po dawnych strukturach FARC pozostały uzbrojone organizacje, które kontrolują mieszkańców, wyznaczają zasady lokalnego handlu, pobierają nieformalne podatki i decydują o wykorzystaniu ziemi. Granica pomiędzy partyzantką, kartelem narkotykowym i zwykłą grupą przestępczą stała się znacznie mniej czytelna niż w okresie największej aktywności FARC.
Petro próbował objąć rozproszone konflikty jednym procesem negocjacyjnym, lecz zawieszenia broni były łamane, rozmowy przerywano, a organizacje zbrojne wykorzystywały czasami okresy ograniczonej aktywności wojska do wzmacniania swoich wpływów. Przeciwnicy ustępującego prezydenta twierdzili, że kolejne ustępstwa podważały wiarygodność państwa i nie dawały mieszkańcom prowincji rzeczywistego bezpieczeństwa. Zwolennicy dialogu odpowiadali, że konfrontacja militarna była już wielokrotnie testowana i prowadziła do poważnych strat wśród ludności cywilnej.
De la Espriella przeciął ten spór, deklarując zakończenie etapu negocjacji. Organizacje zbrojne mają się rozbroić i poddać prawu, w przeciwnym razie spotkają się ze skoncentrowaną odpowiedzią sił państwowych. Jest to przekaz łatwy do zrozumienia, lecz jego realizacja będzie znacznie trudniejsza niż kampanijne sformułowanie ultimatum.
Na czym ma polegać polityka żelaznej ręki
Nowa strategia zakłada powrót wojska na obszary, na których administracja centralna jest obecna jedynie symbolicznie. Prezydent zapowiada zwiększenie liczby operacji przeciwko obozom organizacji zbrojnych, intensyfikację niszczenia plantacji koki i wykorzystanie lotnictwa do atakowania infrastruktury narkotykowej. Siły bezpieczeństwa mają równocześnie mocniej zaznaczyć obecność w miastach, gdzie źródłem codziennego zagrożenia są gangi, wymuszenia i porwania.
20 sierpnia De la Espriella zaprezentował nowe kierownictwo sił zbrojnych, czyniąc z tej nominacji publiczną deklarację rozpoczęcia innej epoki. Generałowie otrzymali polecenie odzyskania bezpieczeństwa zarówno w odległych regionach, jak i w dzielnicach dużych miast. Kolumbijska prezydencja poinformowała, że wojsko ma prowadzić działania w granicach konstytucji i prawa, lecz przy pełnym politycznym poparciu głowy państwa.
Elementem planu jest również utworzenie dziesięciu ogromnych więzień o najwyższym poziomie zabezpieczeń. Placówki mają odizolować kierownictwo organizacji przestępczych i uniemożliwić wydawanie rozkazów z zakładów karnych, które w wielu krajach regionu pozostają pod faktycznym wpływem gangów. Rozwiązanie nawiązuje do polityki Nayiba Bukele, pod którego rządami Salwador zbudował olbrzymie centrum penitencjarne i przeprowadził masowe zatrzymania osób podejrzewanych o związki z przestępczością.
Kolumbijskie realia są jednak bardziej złożone od salwadorskich. Państwo jest kilkudziesięciokrotnie większe, posiada trudno dostępne pogranicza, rozległe lasy i wysokie góry, a organizacje przestępcze czerpią dochody z międzynarodowego łańcucha produkcji kokainy. Część z nich ma doświadczenie wojskowe, lokalne zaplecze społeczne i możliwość swobodnego przekraczania granic z Wenezuelą, Ekwadorem, Brazylią, Peru lub Panamą.
Samo zwiększenie liczby żołnierzy może przynieść lokalne zwycięstwa, ale nie musi doprowadzić do trwałej zmiany. Każdy region odebrany organizacji zbrojnej potrzebuje później policji, sądu, szkoły, przychodni, drogi oraz legalnego rynku, na którym mieszkańcy będą mogli sprzedać inne produkty niż liście koki. Bez tego wojsko będzie wracało w te same miejsca, a kolejni dowódcy przestępczy zastąpią tych zabitych lub osadzonych w nowych więzieniach.
Polityka bezpieczeństwa będzie oceniana również przez pryzmat praw człowieka. Kolumbia ma długą historię zarówno zbrodni popełnianych przez partyzantów, jak i nadużyć sił państwowych oraz sprzymierzonych z nimi formacji paramilitarnych. De la Espriella będzie musiał wykazać, że stanowczość nie oznacza powrotu do praktyk, które podważały zaufanie obywateli i stawały się źródłem kolejnych konfliktów.
Co oznacza powrót Bogoty do Waszyngtonu
Najbardziej widoczna zmiana w polityce zagranicznej nastąpiła niemal natychmiast. Za rządów Gustava Petra stosunki ze Stanami Zjednoczonymi były obciążone sporami o interwencję w Wenezueli, sposób prowadzenia wojny z narkotykami oraz legalność amerykańskich uderzeń w domniemane jednostki przemytnicze. Petro oskarżał Waszyngton o traktowanie państw południowej części kontynentu jak obszaru podporządkowanego amerykańskim interesom.
De la Espriella przyjmuje odwrotne założenie. Jego zdaniem bez amerykańskiego wywiadu, technologii, finansowania i zdolności operacyjnych Kolumbia nie odzyska inicjatywy w starciu z ponadnarodowymi organizacjami narkotykowymi. Donald Trump otrzymuje natomiast w Bogocie partnera, który nie tylko akceptuje regionalną strategię Stanów Zjednoczonych, ale chce odgrywać w niej pierwszoplanową rolę.
Kolumbia przystąpiła do Koalicji Ameryk Przeciwko Kartelom oraz inicjatywy określanej jako „Tarcza Ameryk”. Podczas forum zorganizowanego 12 sierpnia w Panamie sekretarz obrony USA Pete Hegseth mówił o potrzebie przekształcenia koalicji politycznej w mechanizm zdolny do prowadzenia wspólnych działań. W spotkaniu uczestniczyli przedstawiciele obrony i bezpieczeństwa osiemnastu państw półkuli zachodniej.
Hegseth ogłosił, że kolumbijska administracja wystąpiła o współpracę wojskową przeciwko grupom klasyfikowanym jako narkoterrorystyczne. Amerykański resort obrony przekazał również informację o zawarciu porozumienia obejmującego dostęp, możliwość bazowania oraz przeloty wojskowe. Komunikat Pentagonu nie określa jednak ani liczby potencjalnie zaangażowanych żołnierzy, ani szczegółowych zasad ich udziału w operacjach.
Wątpliwości mają nie tylko charakter wojskowy, lecz także konstytucyjny. Prezydent nie może samodzielnie udzielić obcym oddziałom nieograniczonego prawa działania na terytorium kraju. Artykuł 173 konstytucji Kolumbii wskazuje, że zezwolenie na przemieszczanie się zagranicznych wojsk należy do kompetencji Senatu.
Brak parlamentarnej większości może więc ograniczyć zasięg współpracy z USA albo wymusić precyzyjne określenie jej ram. Opozycja będzie pytała, czy wspólne operacje nie naruszają suwerenności i kto ponosi odpowiedzialność za ich możliwe skutki dla ludności cywilnej. Rząd odpowie zapewne, że suwerenność pozbawiona rzeczywistej kontroli nad terytorium pozostaje jedynie deklaracją.
Zbliżenie ma też wymiar geopolityczny. Administracja Trumpa przywraca zachodniej półkuli wysokie miejsce w hierarchii swoich interesów, łącząc walkę z kartelami z kontrolą migracji, ochroną Kanału Panamskiego i ograniczaniem wpływów Chin. Kolumbia może zostać najważniejszym południowoamerykańskim wykonawcą tej strategii, ale będzie musiała zaakceptować, że jej działania zostaną mocniej powiązane z politycznymi celami Białego Domu.
Czy liberalny wstrząs jest jeszcze możliwy
O ile w dziedzinie bezpieczeństwa nowy prezydent inspiruje się Salwadorem, o tyle w gospodarce jego punktem odniesienia jest Javier Milei. De la Espriella chce ograniczyć liczbę urzędów, zmniejszyć koszty administracji, zlikwidować część podatków i stworzyć korzystniejsze warunki dla inwestorów. Zamierza także zwiększyć wydobycie surowców energetycznych, między innymi poprzez ponowne dopuszczenie szczelinowania hydraulicznego.
Program ma uwolnić prywatny kapitał i odwrócić politykę Petra, który dążył do stopniowego ograniczania zależności kraju od paliw kopalnych. Zwolennicy nowego kursu liczą na większe inwestycje, wzrost produkcji oraz zahamowanie ucieczki przedsiębiorców. Krytycy ostrzegają, że gwałtowne cięcia mogą osłabić usługi publiczne i szczególnie dotknąć regiony, w których państwo już dziś działa z trudem.
Trzęsienie ziemi zmieniło warunki rozpoczęcia reform. Odbudowa wymaga znacznych nakładów, a ograniczenie wydatków w czasie narodowej katastrofy może zostać odebrane jako brak solidarności z poszkodowanymi. Jednoczesne przeprowadzenie korekty fiskalnej, rozbudowy więziennictwa, zwiększenia możliwości wojska i naprawy infrastruktury będzie wymagało znalezienia środków, których nie zapewnią wyłącznie redukcje zatrudnienia w administracji.
Kongres prawdopodobnie stanie się miejscem stopniowego łagodzenia najbardziej radykalnych propozycji. Ugrupowania centrowe mogą poprzeć część deregulacji lub zachęty dla inwestorów, a jednocześnie zablokować likwidację popularnych programów społecznych. Prezydent stanie wówczas przed wyborem pomiędzy kompromisem umożliwiającym uchwalenie reform a polityczną konfrontacją podtrzymującą wizerunek bezkompromisowego „Tygrysa”.
Największym zagrożeniem dla programu nie musi być jednak opozycja parlamentarna, lecz rozbieżność pomiędzy jego elementami. Państwo ma zostać jednocześnie mniejsze w gospodarce, silniejsze militarnie, sprawniejsze administracyjnie i bardziej obecne na peryferiach. Pogodzenie tych celów będzie wymagało czegoś więcej niż ideologicznej konsekwencji, ponieważ każda nowa placówka policji, droga, więzienie lub szkoła tworzy wydatki, które pozostają w budżecie na wiele lat.
Jaki kraj pozostawi po sobie prezydent Tygrys
Guillaume Asskari, dziennikarz i producent specjalizujący się w Ameryce Łacińskiej oraz Karaibach, w analizie przygotowanej dla „Le Figaro” przedstawia zwycięstwo De la Esprielli jako zasadnicze przesunięcie ideologiczne i strategiczne. Reżyser dokumentu o Javierze Mileiu dostrzega w kolumbijskim prezydencie połączenie gospodarczej radykalności przywódcy Argentyny i polityki bezpieczeństwa Nayiba Bukele. Podobieństwa są widoczne, lecz o rezultacie zadecydują problemy właściwe samej Kolumbii.
Nowa władza odziedziczyła państwo, które osiągnęło historyczny sukces, doprowadzając do demobilizacji głównego nurtu FARC, ale nie zdołało przekształcić pokoju w trwałą kontrolę nad całym terytorium. De la Espriella próbuje odpowiedzieć na tę porażkę przywróceniem wojsku centralnej roli i zaproszeniem Stanów Zjednoczonych do znacznie bliższej współpracy. Sukces będzie zależał od tego, co nastąpi po pierwszych operacjach militarnych.
Jeżeli ofensywa otworzy drogę administracji cywilnej, wymiarowi sprawiedliwości i legalnej gospodarce, możliwe będzie trwałe osłabienie organizacji zbrojnych. Jeżeli państwo ograniczy się do czasowej obecności żołnierzy, przemoc może jedynie przenieść się do sąsiednich regionów albo przybrać bardziej rozproszoną formę. Równie istotne okaże się zachowanie demokratycznej kontroli nad aparatem bezpieczeństwa.
Przyszłość prezydentury może ostatecznie rozstrzygnąć się w Chocó, a nie w salach Pentagonu ani podczas pierwszych bombardowań obozów narkotykowych. Region dotknięty trzęsieniem ziemi skupia w sobie niemal wszystkie słabości Kolumbii: ubóstwo, izolację komunikacyjną, niewielką obecność administracji, działalność grup zbrojnych i brak legalnych perspektyw ekonomicznych. Odbudowa tego obszaru pokaże, czy nowy rząd potrafi tworzyć silne państwo, czy jedynie demonstrować jego siłę.
De la Espriella rozpoczął kadencję z ogromnymi ambicjami i bardzo ograniczonym marginesem błędu. Musi walczyć z kartelami, negocjować z nieprzychylnym Kongresem, odbudowywać zniszczone miasta, utrzymać konstytucyjne granice współpracy wojskowej i jednocześnie przekonać inwestorów, że kraj staje się stabilniejszy. Każdy z tych celów byłby trudny osobno, a nowy prezydent postanowił realizować je wszystkie równocześnie.
Kolumbia dokonała wyboru politycznego, lecz rezultat tego wyboru pozostaje otwarty. „Żelazna ręka” może przywrócić obywatelom poczucie bezpieczeństwa, ale może również zwiększyć przemoc i napięcia instytucjonalne, jeżeli zabraknie jej prawnych ograniczeń oraz cywilnego planu dla odzyskiwanych terytoriów. Najważniejszym pytaniem nie jest więc to, czy prezydent okaże się dostatecznie stanowczy, lecz czy zdoła przekształcić stanowczość w trwałą zdolność państwa do działania.
Kazimierz Olejnik

















