Historia wydarzyła się ubiegłym latem. W domu mialeśmy nowego, trzymiesięcznego członka rodziny, dlatego przez pewien czas straciliśmy nieco z naszej dawnej mobilności. Przynajmniej do chwili, gdy Michałek polubił wędrowanie w specjalnym nosidełku.
A było tak: poszliśmy z Miśką zanieść stary chleb na stawy żeby nakarmić nim ryby. Michalina jechała w przyczepce biegowo-turystycznej, bo wyprawa nie była łatwa. Jeszcze przed żniwami, w polu mały ruch, a ostatnia nawałnica położyła trawy i ziela rosnące na poboczu dróżki. Naprawdę musieliśmy się sporo przedzierać. Na marginesie, wyprawę opłaciłem atakiem alergii jakiego już dawno (od trzech lat?) nie miałem. Jednak warto było!
Gdy dotarliśmy na miejsce Michalina mówi „tato, co to?” i pokazuje na świerk. Wcześniej kątem oka wydawało mi się że z płycizny poderwała się w tym miejscu czapla. Często je tam widuję i fotografuję. Nawet w takich nietypowych „bombowych” ujęciach 😉

Patrzę jednak w kierunku, który pokazuje córka i … szczęka opada mi aż do ziemi…
Bielik! Najprawdziwszy orzeł bielik! Szybka nawrotka i do domu sprint. Michalina w krzyk – „tato gdzie tak pędzimy?!”. No i weź wytłumacz dziecku, że tato gamoń nie wziął aparatu 😉 Na szczęście to tylko 800m i to też powód dlaczego tak bardzo #kochamwieś Gdy wróciliśmy orzeł przesiadł się na brzozę. Dał się jeszcze sfotografować po czym już lekko poirytowany naszą obecnością odleciał…


Wyglądało na to, że z płycizny podbierał ryby 🙂 Zwłaszcza, że sporo ich tam ostanie się kręciło. Ci ciekawe w promieniu ładnych kilku kilometrów nie było ani jednej czapli 😉 Wiadomo, nowy szeryf przyleciał na wieś.
Jacek Staszczuk
Fotograf amator prowadzący stronę własną, aktywny uczestnik społeczności Twittera. Przedstawia się także jako „Mól kindlowy”.

















