kapitalizm bez demokracji

Rynek podbił świat, demokracja pozostała wyborem

Podziel się
Twitter
Email
Drukuj
Kapitalizm pokonał gospodarkę centralnie planowaną, lecz nie zaprowadził demokracji na całym świecie. Branko Milanović pokazuje, dlaczego chiński model połączył prywatne bogactwo z monopolem politycznym, jak globalizacja podzieliła zachodnie społeczeństwa i czemu sztuczna inteligencja może jeszcze zwiększyć przewagę właścicieli kapitału.

Największym błędem intelektualnym po 1989 roku było uznanie dwóch równoległych zwycięstw za jeden nierozerwalny proces. Gospodarka rynkowa okazała się skuteczniejsza od centralnego planowania, natomiast liberalna demokracja zdobyła ogromny prestiż po pokojowym rozpadzie bloku sowieckiego. Z tego splotu wydarzeń wyprowadzono jednak wniosek, że prywatna własność, handel i wzrost zamożności będą wszędzie prowadziły do politycznej wolności.

Branko Milanović należy do ekonomistów, którzy od dawna podważają tę pewność. Wychował się w komunistycznej Jugosławii, przez wiele lat pracował w Banku Światowym, a później stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych badaczy globalnego podziału dochodów. W rozmowie opublikowanej przez „Le Figaro” przedstawia kapitalizm nie jako zachodni ustrój eksportowany wraz z demokracją, ale jako niezwykle elastyczny system produkcji i wymiany, potrafiący układać się niemal z każdym reżimem.

Taka perspektywa jest szczególnie ważna dzisiaj, gdy świat nie dzieli się już na kapitalistyczny Zachód i komunistyczny Wschód. Konflikt rozgrywa się pomiędzy różnymi odmianami gospodarki rynkowej, od liberalnych demokracji przez państwa coraz bardziej oligarchiczne aż po chiński model podporządkowany partii. Pytanie nie brzmi zatem, czy kapitalizm przetrwa, lecz jaki porządek polityczny będzie mu towarzyszył i kto otrzyma korzyści z jego dalszego rozwoju.

Czy komunizm przegrał przez brak wolności czy przez gospodarczą niewydolność?

Zachodnia pamięć o końcu zimnej wojny koncentruje się na aspiracjach wolnościowych społeczeństw Europy Środkowej, ruchach obywatelskich i moralnym bankructwie dyktatury. Wszystkie te elementy były istotne, ale Milanović przesuwa punkt ciężkości w stronę gospodarki. Jego zdaniem realny socjalizm utracił przyszłość przede wszystkim dlatego, że nie potrafił już finansować własnych obietnic, modernizować produkcji ani spłacać narastających zobowiązań.

W wywiadzie dla „Le Figaro” ekonomista przypomina kryzys zadłużeniowy Rumunii, Polski, Węgier i Jugosławii oraz wyniszczający wpływ wydatków wojskowych na Związek Radziecki. Kapitalizm rozprzestrzenił się, ponieważ zapewniał większą wydajność, lepiej wykorzystywał informacje i szybciej reagował na popyt. Z czasem jego reguły zaczęto uznawać za zdrowy rozsądek, a nie za jedną z konkurencyjnych doktryn.

Nie oznacza to jednak, że sukces rynków automatycznie rozstrzygnął spór o dobre społeczeństwo. Kapitalizm potrafi zwiększać produkcję, mobilizować oszczędności i nagradzać innowację, ale nie odpowiada na pytania o godność, obywatelstwo, zakres władzy ani odpowiedzialność elit. Gdy efektywność zostaje pomylona z moralną słusznością całego porządku, ekonomiczny mechanizm zaczyna pełnić funkcję ideologii.

Czy bogacenie się musi prowadzić do politycznej wolności?

Przez kilka dekad popularna była teoria, według której rozwój gospodarczy stworzy liczną, wykształconą klasę średnią, a ta zażąda praw obywatelskich i kontroli nad rządem. Mechanizm wydawał się logiczny: człowiek posiadający firmę, mieszkanie i oszczędności powinien domagać się niezależnych sądów, ochrony własności oraz wpływu na podatki. Historia dostarcza jednak wielu przykładów społeczeństw rynkowych, w których prawa polityczne pozostawały ograniczone.

Milanović mówi „Le Figaro”, że dziewiętnastowieczna industrializacja nie wymagała powszechnego głosowania. Wielka Brytania stała się potęgą przemysłową, zanim większość jej mieszkańców uzyskała prawa wyborcze, a amerykański kapitalizm rozwijał się w państwie tolerującym niewolnictwo. Późniejsze doświadczenia Europy i Ameryki Łacińskiej również pokazują, że prywatny biznes może funkcjonować pod władzą autorytarną, imperialną albo oligarchiczną.

Zależność pomiędzy rynkiem i demokracją jest więc politycznym osiągnięciem, nie naturalnym odruchem gospodarki. Wolne wybory, praworządność i pluralizm utrzymują się dzięki instytucjom, obyczajom oraz gotowości obywateli do obrony ograniczeń nakładanych na władzę. Jeżeli te zabezpieczenia słabną, kapitał zwykle dostosowuje się do nowych warunków szybciej niż społeczeństwo.

Przedsiębiorcy potrzebują przewidywalności, lecz nie zawsze potrzebują demokracji. Autorytarna administracja może gwarantować wykonanie umów, rozwijać infrastrukturę i chronić wybrane inwestycje, a zarazem tłumić niezależne media lub związki zawodowe. Dla części biznesu stabilne reguły narzucone z góry mogą nawet wydawać się wygodniejsze niż niepewność wyborów i społecznych negocjacji.

Dlaczego Chiny obaliły zachodni schemat?

Chiński rozwój jest najmocniejszym argumentem przeciw tezie, że kapitalizm nieuchronnie demokratyzuje państwo. Reformy rynkowe uwolniły przedsiębiorczość, umożliwiły powstanie wielkich fortun i włączyły setki milionów ludzi do nowoczesnej gospodarki, nie naruszając monopolu partii komunistycznej. Zamiast przejścia od rynku do pluralizmu nastąpiło połączenie prywatnej inicjatywy z politycznym nadzorem.

Milanović określa ten układ mianem „komunizmu hayekowskiego”. W „Le Figaro” opowiada o chińskich przedsiębiorcach, których drogi życiowe przypominały podręcznikowe historie wolnorynkowego sukcesu: pochodzili z biedniejszych regionów, zaczynali niemal bez zasobów i budowali firmy dzięki pomysłowości. Paradoks polegał na tym, że pochwał tych indywidualnych karier słuchali działacze partii sprawującej scentralizowaną kontrolę nad państwem.

Zachód długo zakładał, że gospodarcza modernizacja rozmontuje chiński autorytaryzm od środka. Stało się inaczej, ponieważ nowe technologie pozwoliły władzy połączyć konsumpcję z nadzorem, a wzrost dobrobytu dostarczył jej legitymacji. Obywatel może korzystać z ogromnej oferty rynku, podróżować, inwestować i rozwijać przedsiębiorstwo, nie otrzymując zarazem prawa do zakwestionowania politycznego centrum.

Nie znaczy to, że model chiński można łatwo skopiować. Jego powodzenie wyrasta z wielkości rynku, wielowiekowej tradycji administracyjnej, dyscypliny aparatu państwowego, dostępu do globalnego handlu i stopniowego charakteru reform. Pekin oferuje innym rządom dowód, że rozwój bez liberalizacji jest możliwy, ale nie posiada prostej recepty, którą można wdrożyć w dowolnym kraju.

Kto rzeczywiście zapłacił za sukces globalizacji?

Globalizacja powiększyła światową produkcję i przyspieszyła awans Azji, lecz jej bilans wygląda zupełnie inaczej z perspektywy całych państw, poszczególnych klas oraz jednostek. Konsument na Zachodzie otrzymał tańsze towary, właściciel kapitału nowe możliwości inwestowania, a firma dostęp do pracowników i rynków na kilku kontynentach. Robotnik z regionu przemysłowego mógł natomiast stracić zatrudnienie, pozycję społeczną i przekonanie, że dzieci będą żyły lepiej od niego.

Milanović zwraca w rozmowie z „Le Figaro” uwagę na względne przesuwanie się dochodów. Zachodni pracownicy nadal mogą należeć do zamożniejszej części ludzkości, lecz szybko rosnące grupy w Chinach, Indiach czy Indonezji zmniejszają dotychczasowy dystans. Ta zmiana staje się odczuwalna na rynkach nieruchomości, podczas zagranicznych podróży, w dostępie do prestiżowej edukacji oraz w rywalizacji o dobra, których podaż nie rośnie równie szybko jak światowy popyt.

Równocześnie najbogatsi mieszkańcy Europy i Stanów Zjednoczonych umocnili się w globalnej elicie. Menedżer, inwestor albo specjalista działający w międzynarodowej sieci ma często więcej wspólnych interesów ze swoim odpowiednikiem w Singapurze niż z mieszkańcem prowincjonalnego miasta we własnym kraju. Wspólnota paszportu przestaje oznaczać wspólnotę ekonomicznego losu.

W takim otoczeniu bunt przeciw globalizacji nie jest wyłącznie rezultatem manipulacji populistów. To reakcja na realne rozchodzenie się doświadczeń ludzi, którzy formalnie należą do jednego społeczeństwa, lecz żyją w odmiennych światach. Jedni słyszą o mobilności, otwartości i nieograniczonych możliwościach, drudzy kojarzą te same hasła z likwidacją fabryki, presją płacową i degradacją swojej miejscowości.

Czy Zachód sam wywołał odwrót od wolnego handlu?

Polityka gospodarcza wkracza w fazę pozornego paradoksu. Wewnątrz państw nadal promuje się konkurencję, przedsiębiorczość i inwestycje prywatne, natomiast w relacjach zagranicznych powracają taryfy celne, sankcje, subsydia przemysłowe, ograniczenia eksportu technologii oraz kontrola strategicznych przejęć. Liberalizm krajowy coraz częściej współistnieje z ekonomicznym nacjonalizmem na zewnątrz.

Nie jest to zwykły powrót do protekcjonizmu sprzed stulecia. Współczesne państwa próbują zachować korzyści wynikające z handlu, a równocześnie zmniejszyć zależność od rywali w produkcji półprzewodników, energii, leków i infrastruktury cyfrowej. Bezpieczeństwo łańcuchów dostaw staje się równie ważne jak najniższa cena.

Stany Zjednoczone uznały, że system zbudowany pod ich przywództwem pomógł Chinom stworzyć potencjał zdolny zakwestionować amerykańską przewagę. Europa z kolei odkryła, że jej przemysł może zostać ściśnięty pomiędzy subsydiowaną produkcją azjatycką a technologiczną dominacją firm amerykańskich. Wolny handel traci polityczne poparcie wtedy, gdy obywatele dochodzą do wniosku, że reguły nie zapewniają ani wzajemności, ani bezpieczeństwa.

Największa zmiana nie polega zatem na zakończeniu międzynarodowej wymiany, lecz na podporządkowaniu jej celom strategicznym. Kapitał nadal przekracza granice, towary nadal krążą między kontynentami, a dane pozostają globalnym zasobem. Coraz częściej politycy będą jednak decydować, które zależności są dopuszczalne, a które uznają za zagrożenie.

Czy sztuczna inteligencja odbierze pracownikom udział we wzroście?

Nowa fala automatyzacji może pogłębić problem, którego wcześniejsza globalizacja nie rozwiązała. Większość ludzi utrzymuje się przede wszystkim z wynagrodzenia, podczas gdy istotne dochody z własności firm, papierów wartościowych czy nieruchomości pozostają skoncentrowane. Gdy algorytmy przejmują część zadań wykonywanych dotąd przez człowieka, dodatkowa wartość trafia w pierwszej kolejności do właścicieli technologii.

W „Le Figaro” Milanović podaje, że około połowy Francuzów i 60 procent Amerykanów nie osiąga żadnych dochodów kapitałowych. Jeżeli sztuczna inteligencja ograniczy zapotrzebowanie na pracę przy zachowaniu poziomu produkcji, relacja między płacami a zyskami może jeszcze bardziej przesunąć się na korzyść kapitału. Ekonomista dopuszcza możliwość redystrybucji części nowych korzyści, na przykład za pomocą gwarantowanego dochodu.

Debata nie powinna jednak zatrzymywać się na świadczeniu wypłacanym ludziom pozbawionym zatrudnienia. Ważniejsze jest pytanie, czy społeczeństwo może szerzej uczestniczyć we własności infrastruktury tworzącej produktywność: funduszy inwestycyjnych, centrów danych, przedsiębiorstw technologicznych i zasobów informacji. Powszechniejszy udział w kapitale dawałby obywatelom coś więcej niż rekompensatę, ponieważ czyniłby ich współbeneficjentami automatyzacji.

Sama technologia nie ustala podziału dochodów. Robią to prawo konkurencji, system podatkowy, ochrona pracowników, zasady korzystania z danych oraz decyzje dotyczące finansowania badań. Sztuczna inteligencja może służyć koncentracji bogactwa, ale może również zwiększyć dostępność wiedzy, usług i narzędzi produkcji, jeśli instytucje świadomie wybiorą taki kierunek.

Jak walczyć z nierównościami kiedy stare narzędzia słabną?

Wiek XX ograniczał nierówności dzięki trzem potężnym mechanizmom: związkom zawodowym, masowemu kształceniu i rozbudowie państwa społecznego. Każdy z nich napotyka dziś własną granicę. Zatrudnienie jest bardziej rozproszone, dalsze wydłużanie edukacji przynosi malejący efekt, a podatnicy coraz mniej ufają administracji.

Tradycyjny związek zawodowy wyrósł w fabryce, gdzie tysiące osób wykonywały podobną pracę w tym samym miejscu i miały łatwo rozpoznawalnego pracodawcę. Dzisiejszy pracownik może świadczyć usługi przez platformę, zmieniać zleceniodawców, pracować z domu albo konkurować z ludźmi mieszkającymi w innych państwach. Solidarność nie znika, ale potrzebuje form organizacyjnych odpowiadających gospodarce sieciowej.

Edukacja nadal decyduje o szansach życiowych, lecz kolejny dyplom nie jest odpowiedzią na każdy problem strukturalny. Nie można bez końca przesuwać momentu wejścia młodych ludzi na rynek pracy ani zakładać, że wszyscy zajmą stanowiska wymagające coraz wyższych kwalifikacji. Społeczeństwo potrzebuje zarówno znakomitych szkół, jak i godnego wynagradzania pracy, której nie zastąpi akademicki certyfikat.

Państwo również nie odzyska skuteczności przez samo podnoszenie danin. Obywatele muszą widzieć związek pomiędzy podatkiem a jakością usług, bezpieczeństwem i możliwością awansu. Bez odbudowy zaufania nawet dobrze zaprojektowana redystrybucja będzie postrzegana jako koszt narzucony przez odległą biurokrację.

Nowa polityka równości powinna wpływać na pierwotny podział korzyści, zanim pojawi się konieczność ich późniejszego wyrównywania. Oznacza to szerszą własność kapitału, udział pracowników w zyskach, realną konkurencję ograniczającą monopol, dostęp do mieszkań i dobrej edukacji oraz ochronę negocjacyjnej pozycji ludzi pracujących. Transfer pieniężny może łagodzić następstwa nierówności, lecz nie zastąpi poczucia sprawczości i uczestnictwa.

Czy kapitalizm może zachować legitymację bez demokratycznej korekty?

Kapitalizm prawdopodobnie pozostanie dominującym systemem gospodarczym, ponieważ żadna konkurencyjna propozycja nie wykazała podobnej zdolności do tworzenia innowacji i dostosowywania się do zmian. Jego trwałość nie gwarantuje jednak stabilności liberalnej demokracji. System może przetrwać również w formie oligarchicznej, technokratycznej lub autorytarnej.

Demokratyczna korekta jest potrzebna nie po to, aby rynek zniszczyć, lecz aby utrzymać jego społeczną akceptację. Obywatele zgodzą się na różnice dochodowe, jeśli uznają reguły za uczciwe, awans za osiągalny, a najbogatszych za podlegających temu samemu prawu. Gdy te warunki znikają, wolna gospodarka zaczyna kojarzyć się z przywilejem nielicznych, a wyborcy szukają ochrony u polityków obiecujących zamknięcie granic i podporządkowanie niezależnych instytucji.

Najcenniejszy wniosek z diagnozy Milanovicia brzmi zatem inaczej niż prosta pochwała albo krytyka kapitalizmu. Rynek nie niesie w sobie gotowego ustroju politycznego i nie wyprodukuje wolności bez obywatelskiego wysiłku. Demokracja pozostaje świadomym wyborem, wymagającym zasad, które łączą efektywność gospodarki z podmiotowością ludzi.

Kazimierz Olejnik

 

Materiał chroniony prawem autorskim – wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy.

Warto przeczytać