Philippe de Villiers

Państwo silne wobec opinii, słabe wobec chaosu

Podziel się
Twitter
Email
Drukuj
Philippe de Villiers w felietonie dla „Journal du Dimanche” oskarża francuskie państwo o bezsilność wobec przestępczości i migracyjnego chaosu oraz rosnącą stanowczość wobec mediów i obywateli kwestionujących politykę władz. Spór wokół CNews, zagranicznych ingerencji i regulacji internetu prowadzi do pytania, czy obrona demokracji nie staje się narzędziem ograniczania legalnej debaty przed wyborami prezydenckimi w 2027 r.

Francuskie państwo coraz chętniej przedstawia kontrolę przestrzeni informacyjnej jako część obrony demokracji, ale wraz z rozszerzaniem kompetencji regulatorów powraca pytanie, czy narzędzia stworzone do ścigania zagranicznych operacji wpływu nie zostaną wykorzystane do ograniczania legalnej debaty. Philippe de Villiers przekonuje, że ta granica jest już przekraczana, a władza, która nie potrafi konsekwentnie egzekwować decyzji dotyczących bezpieczeństwa i migracji, odzyskuje stanowczość wtedy, gdy przedmiotem działania stają się niewygodne media oraz przeciwnicy jej polityki. Były minister i twórca Puy du Fou przedstawił tę diagnozę w najnowszym felietonie dla „Journal du Dimanche”, łącząc spór wokół CNews z szerszą krytyką francuskich elit politycznych, administracyjnych i medialnych.

Od bezsilności państwa do kontroli debaty

Punktem wyjścia tekstu de Villiers jest rozdźwięk między formalną surowością państwa a jego praktyczną bezradnością. Autor przywołuje przestępstwa, których mieli dopuścić się cudzoziemcy objęci nakazem opuszczenia Francji albo wcześniej wielokrotnie zatrzymywani, pytając, dlaczego wydane decyzje nie zostały wykonane. W tym samym czasie, zauważa, minister spraw wewnętrznych zaostrza spór z CNews, a wypowiedzi kwestionujące kierunek polityki zagranicznej Francji mogą zostać przedstawione jako działanie na korzyść przeciwnika. W tej perspektywie aparat publiczny nie jest pozbawiony siły, lecz kieruje ją tam, gdzie opór jest łatwiejszy do przełamania.

De Villiers obawia się, że pojęcie ingerencji zostanie rozciągnięte z tajnych operacji obcych służb na opinie wypowiadane przez francuskich obywateli. Szczególnie zagrożeni mają być suwereniści, ponieważ sprzeciw wobec decyzji podejmowanych przez instytucje ponadnarodowe, krytyka zaangażowania Francji w konflikty międzynarodowe albo kwestionowanie rządowej polityki migracyjnej mogą zostać uznane za wspieranie narracji obcego państwa. Autor nie neguje, że ingerencje istnieją, lecz zarzuca władzy wybiórczość w ich rozpoznawaniu. Jego zdaniem zewnętrzny wpływ dostrzega się przede wszystkim tam, gdzie można nim obciążyć politycznych przeciwników, natomiast znacznie rzadziej mówi się o naciskach wywieranych przez struktury europejskie, zagraniczne rządy, kapitał i organizacje religijne.

W końcowej części felietonu pojawia się krytyka nieformalnych kręgów skupiających polityków, przedsiębiorców oraz liderów opinii. De Villiers wskazuje Grupę Bilderberg i międzynarodowe programy kształtowania elit, pytając, jaki wpływ mają zamknięte spotkania na decyzje podejmowane później przez demokratycznie wybrane władze. Nie dowodzi istnienia jednolitego centrum zarządzającego Francją, ale uważa, że brak przejrzystości sprzyja przekonaniu, iż zasadnicze decyzje zapadają poza kontrolą obywateli. To właśnie utrata zaufania pozwala mu mówić o „kaście”, która chroni własny sposób opisywania świata i próbuje wychowywać społeczeństwo zamiast je reprezentować.

CNews jako pole zasadniczego konfliktu

Spór wokół CNews nie dotyczy już wyłącznie pojedynczych programów, czasu antenowego polityków czy rzetelności określonej informacji. W jego centrum znalazło się pytanie, czy prywatna stacja informacyjna może mieć wyrazistą linię ideową, o ile przestrzega prawa, czy też każda antena powinna wewnętrznie odtwarzać pełne spektrum poglądów występujących w społeczeństwie. Zwolennicy silniejszej kontroli wskazują na obowiązek pluralizmu i odpowiedzialność nadawcy posiadającego dostęp do ograniczonego dobra publicznego, jakim są częstotliwości. Krytycy działań regulatora odpowiadają, że pluralizm powinien wynikać z różnorodności całego rynku, a nie z administracyjnego ujednolicania każdej redakcji.

Dla konserwatywnego odbiorcy znaczenie tego konfliktu jest oczywiste, ponieważ przez wiele lat dominujące media przedstawiały własną wrażliwość jako neutralność, podczas gdy wyrazisty profil prawicowej stacji uznawano za odstępstwo wymagające interwencji. Jeśli gazeta może reprezentować określony nurt myślenia, podobnego prawa nie powinno się automatycznie odmawiać telewizji, pod warunkiem zachowania rozdziału między komentarzem i informacją oraz respektowania reguł kampanii wyborczej. Ustanowienie przez regulatora obowiązku równoważenia każdej opinii wewnątrz jednej stacji mogłoby w praktyce zamienić pluralizm w mechanizm pozbawiania mediów własnej tożsamości. Nie byłaby to różnorodność, lecz produkowana administracyjnie jednorodność.

Jednocześnie obrona CNews nie wymaga uznania, że redakcja nigdy nie popełnia błędów albo że medium opinii powinno zostać zwolnione z odpowiedzialności. W demokratycznym porządku można domagać się sprostowania nieprawdziwej informacji, jawnego oddzielenia faktu od komentarza oraz uczciwego przedstawiania stanowiska osoby będącej przedmiotem zarzutów. Różnica między kontrolą legalności a kontrolą linii ideowej pozostaje jednak zasadnicza. Pierwsza chroni debatę przed oszustwem i bezprawiem, druga może prowadzić do tego, że urzędnik stanie się arbitrem dopuszczalnego światopoglądu.

Prawdziwe ingerencje i niebezpiecznie pojemne pojęcia

Zagraniczne operacje informacyjne nie są wymysłem rządów ani usprawiedliwieniem, które można z góry odrzucić. Rosja, Chiny i inne państwa wykorzystują fałszywe konta, podszywanie się pod media, finansowanie pośredników, materiały generowane przez sztuczną inteligencję oraz istniejące konflikty społeczne, aby osłabiać spójność swoich przeciwników. Odpowiedzialne państwo powinno umieć ustalić źródło skoordynowanej kampanii, ujawnić ukryte finansowanie i chronić infrastrukturę wyborczą. Brak reakcji nie byłby obroną wolności, lecz rezygnacją z jednego z podstawowych obowiązków państwa.

Niebezpieczeństwo zaczyna się w chwili, gdy kategoria ingerencji opisuje już nie metodę działania, lecz treść wypowiedzi. Opinia nie staje się produktem obcej służby tylko dlatego, że jest korzystna dla Moskwy, Waszyngtonu, Pekinu albo któregokolwiek europejskiego rządu. W przeciwnym razie każda krytyka polityki zagranicznej mogłaby zostać przedstawiona jako nielojalność, a każda pochwała innego modelu państwa jako dowód podporządkowania zewnętrznym interesom. Demokracja musi karać ukryte sterowanie i przestępczą współpracę, ale nie może karać za samodzielnie sformułowany pogląd.

To rozróżnienie stanie się szczególnie ważne przed wyborami prezydenckimi w 2027 r., kiedy walka o zakwalifikowanie przeciwnika jako radykała, ekstremisty albo przedstawiciela obcych interesów będzie częścią kampanii. Instytucje monitorujące dezinformację mogą wówczas dostarczać niezbędnej wiedzy o rzeczywistych operacjach wpływu, lecz mogą również zostać wciągnięte w partyjny konflikt. Dlatego ich komunikaty powinny pokazywać dowody, opisywać technikę manipulacji i precyzyjnie wskazywać zagraniczne powiązania, zamiast formułować polityczne oceny legalnych programów wyborczych. Im bliżej głosowania, tym większe znaczenie będzie miała nie tylko skuteczność tych instytucji, ale również ich wiarygodna bezstronność.

Cyfrowe państwo potrzebuje granic

Unijny Akt o usługach cyfrowych zobowiązał największe platformy do zwiększenia przejrzystości, reagowania na treści nielegalne i ograniczania ryzyk systemowych, w tym zagrożeń dla procesów demokratycznych. Część tych rozwiązań odpowiada na rzeczywiste problemy, ponieważ globalne przedsiębiorstwa przez lata samodzielnie ustalały zasady publikowania, usuwały treści według niejasnych kryteriów i kształtowały zasięg informacji przy pomocy nieprzejrzystych algorytmów. Ograniczenie arbitralnej władzy platform może służyć wolności, jeżeli użytkownik pozna powód decyzji i otrzyma skuteczne prawo odwołania. Regulacja staje się jednak zagrożeniem, kiedy niejasne pojęcia pozwalają administracji wywierać nacisk na legalne wypowiedzi bez odpowiedzialności właściwej dla formalnego zakazu.

Konserwatywna odpowiedź na ten problem nie powinna polegać ani na bezwarunkowym zaufaniu państwu, ani na powierzeniu wolności słowa właścicielom największych platform. Pierwsze rozwiązanie prowadzi do urzędowej kontroli opinii, drugie uzależnia debatę od regulaminów prywatnych przedsiębiorstw, interesów reklamowych i zmian algorytmu, których obywatele nie mogą kontrolować. Potrzebne są wąsko zdefiniowane przepisy, jawność kontaktów władz z platformami, sądowa kontrola decyzji oraz zakaz traktowania legalnej wypowiedzi jako dezinformacji wyłącznie z powodu jej politycznej niewygody. Wolność słowa nie oznacza prawa do bezkarnego oszustwa, ale traci sens, jeśli obejmuje jedynie poglądy zaakceptowane przez instytucje.

Philippe de Villiers celowo posługuje się językiem alarmu, pisząc o próbie reedukowania społeczeństwa i cyfrowym aparacie nadzoru. Jego felieton nie jest chłodną analizą przepisów, lecz ostrzeżeniem przed logiką, w której każda kolejna sytuacja nadzwyczajna uzasadnia przekazanie państwu nowych kompetencji, natomiast mechanizmy ich późniejszego ograniczenia pozostają słabe. Historia polityczna uczy, że uprawnienia wprowadzane przeciwko najbardziej oczywistemu zagrożeniu z czasem bywają stosowane szerzej, niż zakładali ich pierwotni autorzy. Dlatego zasadnicze pytanie nie brzmi, czy Francja powinna bronić się przed ingerencją, lecz czy potrafi to robić bez ustanawiania nadzoru nad przekonaniami własnych obywateli.

Kazimierz Olejnik

 

Materiał chroniony prawem autorskim – wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy.

Warto przeczytać