radykalna lewica w Partii Demokratycznej

Trump słabnie, ale demokraci mogą zmarnować wielką szansę

Podziel się
Twitter
Email
Drukuj
Donald Trump ma poważne problemy. Wielu Amerykanów źle ocenia jego prezydenturę, a wysokie ceny i wojna na Bliskim Wschodzie pogarszają nastroje społeczne. Mimo to republikanie mogą utrzymać Senat, a walka o Izbę Reprezentantów wcale nie jest rozstrzygnięta. Zdaniem Yaschy Mounka jedną z przyczyn może być rosnące znaczenie radykalnej lewicy w Partii Demokratycznej.

Mounk przedstawił tę ocenę w rozmowie opublikowanej przez francuski dziennik „Le Figaro”. Profesor Uniwersytetu Johnsa Hopkinsa uważa, że demokraci mają dziś dobre warunki do zwycięstwa, ale mogą sami osłabić swoje szanse. Jego zdaniem coraz większy wpływ na partię zdobywają działacze i kandydaci, którzy świetnie radzą sobie w dużych miastach oraz wśród młodych ludzi, lecz nie zawsze potrafią przekonać wyborców z mniejszych miejscowości.

„Dzisiaj cała amerykańska Partia Demokratyczna oddaliła się od klas ludowych” – powiedział Mounk w „Le Figaro”. Jest to najważniejsza myśl tego wywiadu. Demokraci przez dziesięciolecia byli uważani za partię pracowników, związków zawodowych i mniej zamożnych rodzin. Dziś coraz częściej kojarzą się z absolwentami uczelni, mieszkańcami metropolii i środowiskami, które używają języka niezrozumiałego dla dużej części kraju.

Zwycięstwo, które podzieliło demokratów

Powodem rozmowy z Mounkiem było zwycięstwo Abdula El-Sayeda w prawyborach do Senatu w Michigan. Ten 41-letni lekarz i epidemiolog otrzymał poparcie Berniego Sandersa oraz Alexandrii Ocasio-Cortez. W kampanii domagał się powszechnego ubezpieczenia zdrowotnego, wyższych podatków dla najbogatszych i ograniczenia wpływu wielkich pieniędzy na politykę. Opowiedział się również przeciw dalszej pomocy wojskowej Stanów Zjednoczonych dla Izraela.

Sukces El-Sayeda był ważny, lecz nie tak wielki, jak można sądzić z politycznych komentarzy. Według Associated Press zdobył on 48,5 proc. głosów, a Haley Stevens 47,5 proc. Różnica wyniosła mniej niż 15 tys. głosów przy frekwencji przekraczającej 1,5 mln. Wynik świadczy więc o głębokim podziale demokratów, a nie o całkowitym zwycięstwie jednego skrzydła.

El-Sayed pokonał jednak rywala wspieranego przez najważniejszych polityków partii i bardzo bogatych darczyńców. Na reklamy pomagające Haley Stevens lub atakujące El-Sayeda wydano wielokrotnie więcej pieniędzy niż na kampanię zwycięzcy. Wielu demokratycznych wyborców potraktowało głos na El-Sayeda jako sprzeciw wobec partyjnych władz i organizacji lobbystycznych. To właśnie dlatego wynik z Michigan odbił się tak szerokim echem w całym kraju.

Listopadowe wybory będą znacznie trudniejsze. El-Sayed zmierzy się z republikaninem Mike’em Rogersem w stanie, który raz popiera demokratów, a raz republikanów. W prawyborach zwyciężył dzięki młodym wyborcom, miastom uniwersyteckim i ludziom domagającym się dużych zmian. W wyborach powszechnych będzie musiał pozyskać także centrum i tych, którzy nie czują silnego związku z żadną partią.

Popularne pomysły i niepopularne słowo

Republikanie przedstawiają El-Sayeda jako socjalistę, chociaż nie należy on do Democratic Socialists of America i sam mówi o sobie jako o zwolenniku kapitalizmu. Taka taktyka może jednak działać, ponieważ wielu Amerykanów źle reaguje na samo określenie „demokratyczny socjalista”. Nie oznacza to, że równie mocno odrzucają propozycje kojarzone z amerykańską lewicą.

W badaniu Reuters/Ipsos 64 proc. niezależnych wyborców poparło większe podatki dla korporacji i miliarderów. Sześciu na dziesięciu opowiedziało się za ubezpieczeniem zdrowotnym zapewnianym wszystkim przez państwo. Jednocześnie 43 proc. przyznało, że kandydat nazywający siebie demokratycznym socjalistą miałby u nich mniejsze szanse. Program bywa więc znacznie popularniejszy od nazwy, pod którą jest przedstawiany.

Podobny obraz przynosi sondaż „Washington Post” i Ipsos. Trzy czwarte demokratów mogłoby rozważyć poparcie demokratycznego socjalisty w wyborach prezydenckich. Wśród wszystkich Amerykanów gotowość taką zgłosiło jednak 39 proc., a 55 proc. ją wykluczyło. Największą otwartość wykazywali młodzi ludzie oraz osoby z wysokim poziomem wykształcenia.

To stawia demokratów przed trudnym wyborem. Kandydaci lewicy potrafią wzbudzać entuzjazm i przyciągać ludzi, którzy wcześniej nie chcieli angażować się w politykę. Mogą jednak również ułatwiać republikanom straszenie socjalizmem, wysokimi podatkami i nadmierną rolą państwa. O wyniku zdecyduje to, czy wyborcy usłyszą przede wszystkim o tańszym leczeniu i kosztach życia, czy o ideologicznych sporach.

Partia dyplomów traci pracowników

Mounk zwraca uwagę na zmianę, która zachodzi w Stanach Zjednoczonych od wielu lat. Ludzie z dyplomami uczelni coraz częściej głosują na demokratów, natomiast wyborcy bez wyższego wykształcenia przesuwają się w stronę republikanów. Podział ten jest dziś równie ważny jak dochody, pochodzenie czy miejsce zamieszkania.

Potwierdzają to badania Pew Research Center. W 2024 r. Kamala Harris zdecydowanie wygrała wśród wyborców z wykształceniem podyplomowym, natomiast Donald Trump miał dużą przewagę wśród osób bez dyplomu uczelni. Trump otrzymał również 69 proc. głosów mieszkańców terenów wiejskich. Harris zdobyła w tej grupie tylko 29 proc.

Nie chodzi wyłącznie o pieniądze. Część wyborców pracujących fizycznie dobrze zarabia, ale uważa, że demokraci nie szanują ich stylu życia i poglądów. Republikanie zdobywają ich poparcie, mówiąc o granicach, bezpieczeństwie, dumie narodowej i sprzeciwie wobec elit. Demokraci odpowiadają głównie argumentami gospodarczymi, lecz często robią to językiem ekspertów i aktywistów.

Z tego powodu lewicowy kandydat nie wystarczy, aby automatycznie odzyskać klasę pracującą. Powinien jeszcze umieć wyjaśnić swoje pomysły bez moralizowania i bez sugerowania, że każdy krytyk jest zacofany. Sukces burmistrza Nowego Jorku Zohrana Mamdaniego pokazał, że pomaga skupienie kampanii na czynszach, transporcie i opiece nad dziećmi. Nawet wyrazisty polityk ideowy wygrywa szerzej dopiero wtedy, gdy mówi o problemach znanych z codziennego życia.

Gaza może przesądzić o wyniku w Michigan

Konflikt izraelsko-palestyński nie należy do kilku najważniejszych problemów dla większości Amerykanów. Inaczej wygląda to jednak w prawyborach demokratów oraz w Michigan, gdzie mieszka liczna społeczność arabska i muzułmańska. W takich miejscach stosunek do wojny w Gazie może zdecydować o mobilizacji tysięcy ludzi.

W 2024 r. ponad 100 tys. uczestników demokratycznych prawyborów w Michigan wybrało opcję „uncommitted”, czyli nie poparło żadnego kandydata. Był to protest przeciw polityce administracji Joego Bidena wobec Izraela i Gazy. Według Public Wise głosy protestu stanowiły 13,3 proc. wszystkich oddanych w prawyborach. Szczególnie wysokie wyniki odnotowano w Dearborn i innych miejscach zamieszkanych przez wielu Amerykanów pochodzenia arabskiego.

Zmieniają się również nastroje w całych Stanach Zjednoczonych. W badaniu Pew Research Center z marca 2026 r. negatywną opinię o Izraelu miało 60 proc. ankietowanych. Wśród demokratów i skłaniających się ku nim wyborców niezależnych odsetek ten sięgał 80 proc. Stanowisko El-Sayeda może więc mobilizować lewicę, ale jednocześnie zrażać umiarkowanych wyborców i część społeczności żydowskiej.

Dlaczego słaby Trump może nadal wygrać

Sondaże są dla prezydenta niekorzystne. W lipcowym badaniu Pew Research Center działania Trumpa popierało 34 proc. Amerykanów, a 64 proc. je odrzucało. W wyborach do Izby Reprezentantów demokraci prowadzili nad republikanami 43 do 37 proc. Na pierwszy rzut oka powinno to oznaczać wyraźne zwycięstwo opozycji.

Amerykański system wyborczy nie przelicza jednak ogólnokrajowego poparcia w prosty sposób na mandaty. Granice okręgów są często wyznaczane tak, aby pomagały jednej z partii. Według analizy Reutersa tylko 32 z 435 miejsc w Izbie Reprezentantów można było wiosną 2026 r. uznać za naprawdę konkurencyjne. W większości okręgów zwycięzca jest niemal znany jeszcze przed rozpoczęciem najważniejszej części kampanii.

Jeszcze trudniejsza jest droga demokratów do Senatu. Republikanie mają 53 mandaty, a demokraci wraz z dwoma niezależnymi senatorami 47. Do przejęcia większości potrzebują czterech dodatkowych miejsc, ponieważ przy remisie decydujący głos należy do wiceprezydenta J.D. Vance’a. Sabato’s Crystal Ball ocenia, że demokraci muszą niemal bezbłędnie rozegrać najważniejsze pojedynki, między innymi w Michigan, Maine, Ohio, Alasce i Karolinie Północnej.

Dlatego Mounk kończy rozmowę w „Le Figaro” bardzo ostrym ostrzeżeniem. „Zajmując tak radykalne stanowiska, robią oni obecnie wszystko, aby tę przewagę utracić” – mówi o demokratach. Jego ocena może być przesadzona, ponieważ część lewicowych pomysłów ma szerokie społeczne poparcie. Trafnie wskazuje jednak, że niepopularność Trumpa nie wystarczy, jeżeli demokraci nie zbudują koalicji wykraczającej poza duże miasta, uczelnie i własnych najbardziej zaangażowanych wyborców.

Wybory w Michigan będą najważniejszym testem tej strategii. Jeśli El-Sayed pokona Mike’a Rogersa, lewica otrzyma argument, że potrafi zwyciężać także w podzielonych stanach. Jeśli przegra, partyjne centrum uzna jego nominację za zmarnowaną szansę. W obu przypadkach wynik wpłynie na rozmowę o tym, kto powinien reprezentować demokratów w wyborach prezydenckich w 2028 r.

Kazimierz Olejnik

Materiał chroniony prawem autorskim – wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy.

Warto przeczytać