rosnące ubóstwo w Polsce

Dlaczego w bogacącej się Polsce rośnie ubóstwo?

Podziel się
Twitter
Email
Drukuj
Ubóstwo relatywne objęło w 2025 r. 13,5 proc. mieszkańców Polski i zwiększyło się trzeci rok z rzędu. Równocześnie konsumpcja na osobę doszła niemal do 86 proc. średniej Unii Europejskiej, a 70 proc. Polaków dobrze ocenia własne warunki materialne. Kraj staje się bogatszy, ale rosnąca część społeczeństwa pozostaje coraz dalej od standardu życia osiąganego przez większość.

Czy ubóstwo w Polsce rzeczywiście się zwiększa?

Najważniejszy sygnał z danych za 2025 r. dotyczy ubóstwa relatywnego. Jego zasięg osiągnął 13,5 proc., podczas gdy rok wcześniej wynosił 13,3 proc. Różnica to zaledwie 0,2 punktu procentowego, jednak kolejna niewielka zmiana tworzy już wyraźny trend: wskaźnik pogarsza się trzeci rok z rzędu.

Takiej serii nie odnotowano w Polsce od co najmniej dwudziestu lat. W 2022 r. udział osób znajdujących się poniżej relatywnej granicy biedy spadł do rekordowych 11,7 proc. Od tamtego momentu zwiększył się o 1,8 punktu procentowego i znalazł się w pobliżu poziomu z 2016 r.

Nie oznacza to, że ponad 13 proc. Polaków nie ma środków na biologiczne przetrwanie. Ubóstwo relatywne opisuje ludzi, których konsumpcja pozostaje wyraźnie niższa od standardu osiąganego przez resztę społeczeństwa. Alarmująca jest więc nie tylko bieda w jej najbardziej dramatycznej postaci, lecz także rosnąca liczba osób, które nie nadążają za rozwojem kraju.

Badanie Budżetów Gospodarstw Domowych GUS obejmuje ponad 30 tys. gospodarstw. Przy tak dużej próbie jednoroczna zmiana o 0,2 punktu procentowego nadal powinna być oceniana ostrożnie. Trzy kolejne wzrosty nie wyglądają już jednak na przypadkowe wahnięcie.

Dlaczego ubóstwo skrajne nie rośnie równie szybko?

W 2025 r. 5,3 proc. mieszkańców znajdowało się poniżej granicy minimum egzystencji. Rezultat był tylko minimalnie wyższy niż w poprzednim roku, dlatego skala skrajnej biedy pozostała w przybliżeniu stabilna.

Minimum egzystencji jest obliczane przez Instytut Pracy i Spraw Socjalnych. Próg ten ma pokazywać wydatki konieczne do zaspokojenia najbardziej podstawowych potrzeb, bez których pojawia się zagrożenie dla zdrowia, sprawności fizycznej i życia człowieka. Nie jest to poziom pozwalający normalnie uczestniczyć w społeczeństwie, lecz granica wyznaczająca koszyk przetrwania.

W ciągu roku jego wartość podniosła się o 6,7 proc. W przypadku gospodarstwa jednoosobowego granica została ustalona na 1037 zł miesięcznie, a w modelowej rodzinie czteroosobowej na 2799 zł. Po odwróceniu podanej dynamiki można oszacować, że w 2024 r. wartości te wynosiły odpowiednio około 972 zł i 2623 zł.

Jednocześnie wydatki 20 proc. osób osiągających najniższe dochody zwiększyły się średnio o 7,9 proc. Był to wzrost nieco szybszy od podwyżki minimum egzystencji. Najsłabsza ekonomicznie część społeczeństwa utrzymała się zatem nad przesuwającą się granicą skrajnego niedostatku, ale nie zdołała zmniejszyć dystansu do pozostałych grup.

Stabilność wskaźnika na poziomie 5,3 proc. nie powinna uspokajać. Mówimy o ludziach funkcjonujących przy progu, poniżej którego nie można już zaspokoić elementarnych potrzeb. Według uzupełniających danych za 2024 r. wśród osób dotkniętych skrajną biedą znajdowało się 364 tys. dzieci.

Czym ubóstwo relatywne różni się od skrajnej biedy?

Granica relatywna została określona na poziomie 50 proc. przeciętnych wydatków ekwiwalentnych gospodarstw domowych. Dla osoby mieszkającej samotnie odpowiadało to w 2025 r. kwocie 1332 zł miesięcznie. W gospodarstwie złożonym z czterech osób próg wynosił 3597 zł.

Różnica między 1037 zł minimum egzystencji a 1332 zł granicy relatywnej dla jednej osoby pokazuje, że oba wskaźniki odpowiadają na inne pytania. Pierwszy sprawdza, czy człowiek dysponuje pieniędzmi koniecznymi do przeżycia. Drugi mierzy, jak bardzo jego możliwości konsumpcyjne odbiegają od warunków typowych dla danego kraju.

Rodzina może kupować więcej niż rok wcześniej, a mimo to znaleźć się poniżej relatywnej granicy biedy. Wystarczy, że wydatki większości społeczeństwa rosną szybciej. W takim przypadku nie następuje bezwzględne zubożenie, lecz zwiększa się odległość między standardami życia.

Właśnie taki proces coraz wyraźniej widać w Polsce. Najniższa część rozkładu nie spada masowo poniżej poziomu biologicznego minimum, ale przesuwa się coraz dalej od środka. Rosnące ubóstwo przyjmuje postać ograniczonego dostępu do leczenia, edukacji, transportu, wypoczynku, kultury i technologii, a nie wyłącznie braku jedzenia.

To również wyjaśnia, dlaczego wzrost gospodarczy może współistnieć ze wzrostem ubóstwa. Jeżeli owoce rozwoju trafiają do różnych grup w nierównym tempie, średnia poprawia się szybciej niż położenie osób znajdujących się na końcu stawki.

Czy nierówności dochodowe ponownie się pogłębiają?

W 2025 r. dochody i konsumpcja zaczęły znów pokazywać ten sam kierunek zmian. W latach 2023–2024 zależność między nimi była słabsza, ponieważ gospodarstwa mogły przejściowo podtrzymywać wydatki oszczędnościami, kredytem lub transferami. Obecnie nierówności dochodowe coraz wyraźniej przenoszą się na różnice w codziennym poziomie życia.

Dochód rozporządzalny przypadający na osobę w pierwszym kwintylu stanowił jedynie 17,3 proc. wartości osiąganej w kwintylu piątym. W poprzednim okresie relacja dochodziła do 19 proc., co było najlepszym wynikiem od 2019 r. Spadek o 1,7 punktu procentowego oznacza ponowne zwiększenie przewagi osób znajdujących się na górze rozkładu.

Do zmiany przyczyniła się słabsza niż wcześniej podwyżka płacy minimalnej. Jednocześnie dochody netto samozatrudnionych zwiększały się szybciej od wynagrodzeń etatowych, między innymi dzięki rozwiązaniom podatkowym korzystniejszym dla części przedsiębiorców. Tempo poprawy zależało zatem nie tylko od wysokości zarobków, ale również od formy zatrudnienia.

Szczególnie interesująca sytuacja wystąpiła w najniższym decylu. Wydatki gospodarstw rosły tam szybciej od dochodów, co może wskazywać na większe sięganie po pożyczone pieniądze. Obniżenie stóp procentowych poprawiło dostępność finansowania, ale możliwość zaciągnięcia kredytu nie jest równoznaczna z trwałym wzrostem zamożności.

W niektórych lepiej sytuowanych grupach, choć nie w samym najwyższym decylu, konsumpcja przyspieszyła jeszcze mocniej. Przeciętny standard przesunął się więc w górę szybciej niż możliwości ludzi o małych dochodach. W ten sposób zwiększyła się liczba gospodarstw wydających mniej niż połowę wartości przeciętnej.

Dlaczego różnice w konsumpcji są tak ważne?

Dochodu nie zawsze widać, natomiast sposób życia jest widoczny niemal natychmiast. Mieszkanie, samochód, stan zdrowia, ubranie, wakacyjny wyjazd, wyposażenie domu czy możliwość sfinansowania zajęć dla dziecka tworzą codzienną mapę różnic społecznych.

Gospodarstwo może formalnie przekroczyć próg skrajnego ubóstwa, a równocześnie rezygnować z ogrzewania części mieszkania, leczenia zębów, zakupu okularów, udziału dziecka w wycieczce szkolnej albo wymiany zepsutego sprzętu. Statystyka nie zaliczy takiej rodziny do grupy żyjącej poniżej minimum egzystencji, lecz jej oddalenie od typowego stylu życia będzie narastało.

Nierówności konsumpcyjne mają również większy potencjał polityczny niż same różnice w wynagrodzeniach. Wywołują poczucie pozostawienia na marginesie rozwoju i przekonanie, że oficjalna opowieść o sukcesie dotyczy kogoś innego. Im szybciej zmienia się standard najlepiej prosperujących grup, tym dotkliwiej odczuwają swoje położenie ludzie, którzy jedynie utrzymują dotychczasowy poziom.

Dlatego wzrost ubóstwa relatywnego nie powinien być bagatelizowany jako statystyczny efekt bogacenia się kraju. Jest on wskaźnikiem słabnącej spójności społecznej i nierównego udziału w rozwoju.

Czy państwo łagodzi skutki rosnących nierówności?

Prywatne wydatki pokazują tylko część tego, co rzeczywiście konsumują gospodarstwa domowe. Leczenie, edukacja i inne usługi publiczne są opłacane ze wspólnych środków, choć korzystają z nich konkretne osoby. Znaczenie tego mechanizmu w Polsce szybko wzrasta.

Realne spożycie gospodarstw domowych na mieszkańca zwiększyło się w 2025 r. o 4,1 proc. Od końca 2019 r., czyli w okresie sześciu lat, wzrost wyniósł 16,8 proc. Konsumpcja finansowana przez sektor publiczny rozwijała się znacznie szybciej: w ostatnim roku przybyło 6,7 proc., a w całym sześcioletnim okresie aż 39 proc.

Rozbieżność między 16,8 proc. a 39 proc. pokazuje, że coraz większy fragment poprawy warunków życia powstaje poza prywatnymi budżetami. Państwo nie tylko przekazuje pieniądze, ale bezpośrednio finansuje usługi, które w innym przypadku trzeba byłoby kupować na rynku.

Ma to największe znaczenie dla gospodarstw osiągających niskie dochody. Dobrze działająca przychodnia publiczna, szkoła lub transport mogą poprawić ich faktyczny poziom życia bez zwiększenia kwoty widocznej w domowych wydatkach. Z tego względu ubóstwo obliczane tylko na podstawie prywatnej konsumpcji nie oddaje już wszystkich warunków materialnych.

Nie wolno jednak wyciągać z tego wniosku, że problem znika. Dostępność świadczenia nie zawsze oznacza jego wysoką jakość, krótki czas oczekiwania czy możliwość rzeczywistego skorzystania. Usługa publiczna może istnieć w rachunkach narodowych, a mimo to nie odpowiadać w pełni na potrzeby obywatela.

Jak dużą część leczenia przejęło państwo?

Ochrona zdrowia najlepiej obrazuje zmianę proporcji między wydatkami publicznymi i prywatnymi. W okresie pięciu lat nakłady państwa wzrosły z 4,6 proc. do 6,3 proc. produktu krajowego brutto. Oznacza to przyrost o 1,7 punktu procentowego PKB.

Prywatne finansowanie leczenia pozostało w tym czasie blisko 1,8 proc. PKB i zanotowało nawet niewielkie obniżenie. Wzrost całkowitych nakładów został więc zbudowany przede wszystkim po stronie publicznej.

Dla gospodarstw o niskich dochodach jest to jednocześnie ochrona i źródło zależności. Jeśli państwowy system zapewnia dostępne świadczenia, może ograniczać wpływ nierówności finansowych na zdrowie. Kiedy jednak kolejki się wydłużają albo danej usługi brakuje, zamożniejsi kupują ją prywatnie, natomiast ubożsi czekają lub całkowicie rezygnują z leczenia.

Rosnące nakłady publiczne nie są zatem dowodem, że różnice zostały usunięte. Informują przede wszystkim, że dobrobyt osób o mniejszych możliwościach finansowych coraz mocniej zależy od skuteczności instytucji państwa.

Jak Polska może jednocześnie doganiać Europę i mieć więcej ubogich?

Rzeczywiste spożycie indywidualne, oznaczane skrótem AIC, obejmuje zakupy finansowane przez gospodarstwa oraz indywidualne usługi dostarczane przez państwo. W 2025 r. wskaźnik ten zwiększył się w Polsce o 4,5 proc. Szybsze tempo w Unii Europejskiej uzyskała tylko Bułgaria.

Po uwzględnieniu parytetu siły nabywczej Polska osiągnęła niemal 86 proc. średniej unijnej. Rok wcześniej było to 82 proc., a więc w ciągu jednego roku różnica zmniejszyła się o około 4 punkty procentowe. W 2019 r. wynik Polski tylko nieznacznie przekraczał 75 proc.

Konwergencja jest szybka i realna, ale jej struktura wymaga uwagi. Przed pandemią konsumpcja indywidualna dostarczana przez sektor publiczny odpowiadała 56 proc. średniego poziomu unijnego. Do 2025 r. wskaźnik ten wspiął się niemal do 73 proc.

Prywatna konsumpcja na mieszkańca również rosła, lecz mniej gwałtownie. Z około 80 proc. średniej UE zwiększyła się do 89 proc. Większa część nadrabiania zaległości dokonała się więc poprzez rozbudowę publicznego finansowania usług.

Polska jako całość przybliżyła się do standardu europejskiego, lecz nie wszystkie gospodarstwa zrobiły to w jednakowym stopniu. Średnia krajowa nie pokazuje, jaka część społeczeństwa odpowiada za wzrost prywatnych wydatków ani kto jest zdany przede wszystkim na konsumpcję organizowaną przez państwo.

Dlaczego Polacy dobrze oceniają swoją sytuację?

W grudniu 2025 r. 67 proc. respondentów CBOS wypowiadało się pozytywnie o warunkach materialnych własnych gospodarstw. W kwietniu 2026 r. odsetek ten osiągnął 70 proc., mimo że tempo wzrostu realnych dochodów wcześniej osłabło.

Nie musi to świadczyć o błędzie w pomiarze. Ludzie oceniają sytuację na podstawie wielu elementów: bezpieczeństwa zatrudnienia, zgromadzonych oszczędności, oczekiwań wobec przyszłości, dostępności kredytu, otrzymywanych świadczeń oraz usług publicznych. Sam dochód rozporządzalny nie przesądza o odpowiedzi udzielonej ankieterowi.

Możliwa jest zatem sytuacja, w której większość społeczeństwa dostrzega poprawę, a jednocześnie powiększa się grupa pozostająca daleko za przeciętnym poziomem konsumpcji. Dobre nastroje większości nie są dowodem, że ubóstwo nie rośnie. Pokazują jedynie, że jego wzrost koncentruje się w określonej części społeczeństwa.

W tym sensie optymizm 70 proc. badanych może nawet utrudniać dostrzeżenie problemu pozostałych. Jeżeli dominujące doświadczenie jest pozytywne, sytuacja mniejszości łatwo zostaje uznana za wyjątek, efekt indywidualnych błędów albo margines niemający znaczenia dla całego kraju.

Jaki jest najważniejszy sygnał ostrzegawczy?

Polska nie znajduje się w stanie powszechnego zubożenia. Konsumpcja rośnie, poziom AIC zbliża się do średniej europejskiej, a sektor publiczny przeznacza coraz większe środki na potrzeby gospodarstw domowych. Jednocześnie relatywna bieda zwiększa swój zasięg, rozpiętość dochodowa ponownie się rozszerza, a 5,3 proc. mieszkańców nadal pozostaje poniżej minimum egzystencji.

Największym zagrożeniem jest rozdzielenie ścieżek rozwoju. Jedna część społeczeństwa korzysta z rosnących dochodów, nowych możliwości i prywatnej konsumpcji. Druga utrzymuje się ponad granicą skrajnej biedy głównie dzięki ostrożnym wydatkom, kredytowi, transferom i usługom zapewnianym przez państwo.

Trzeci kolejny rok wzrostu ubóstwa relatywnego wskazuje, że nie mamy do czynienia z chwilowym zakłóceniem. Polska gospodarka wytwarza coraz więcej dobrobytu, ale mechanizm jego podziału nie pozwala wszystkim grupom dotrzymać kroku średniej. Zamożniejszy kraj może być jednocześnie krajem większych różnic, słabszego poczucia bezpieczeństwa i bardziej widocznego wykluczenia.

To właśnie powinno budzić niepokój. Nie katastroficzna wizja nagłego głodu, lecz stopniowe powstawanie dwóch standardów życia, które coraz rzadziej spotykają się w tej samej rzeczywistości.

Dane przywołane w artykule pochodzą z Badania Budżetów Gospodarstw Domowych GUS, rachunków narodowych, szacunków IPiSS, zestawień Eurostatu dotyczących AIC według parytetu siły nabywczej oraz badań CBOS.

Marta A. Janek

Materiał chroniony prawem autorskim – wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy.

Warto przeczytać