czy regulacje niszczą przemysł w Europie

Czy Europa może regulować się aż do utraty przemysłu

Podziel się
Twitter
Email
Drukuj
Czy regulacja może chronić europejski model życia, a zarazem wypychać poza Unię fabryki, inwestycje i kompetencje? Bruno Alomar w opinii dla „Le Figaro” odpowiada twierdząco, wskazując na przemysł, energię i technologie, natomiast nowy Rhine Group Maria Draghiego ma sprawić, by europejskie reformy przestały kończyć się na raportach.

Europejski spór o prawo gospodarcze został uwięziony między dwiema wygodnymi skrajnościami. Pierwsza zakłada, że każda regulacja jest kosztownym ciężarem, druga zaś uznaje dobry zamiar za wystarczające usprawiedliwienie dla każdego nowego obowiązku. Tymczasem dojrzała polityka musi jednocześnie pytać, jakie ryzyko usuwa przepis, ile kosztuje jego wykonanie, czy istnieje potrzebna technologia i co zrobi przedsiębiorstwo, gdy harmonogram okaże się nierealny.

Do ponownego postawienia tych pytań skłania artykuł Bruno Alomara zamieszczony w „Le Figaro”, w którym były wysoki urzędnik Komisji Europejskiej popiera alarmistyczną ocenę Maria Draghiego. Autor przedstawia Unię jako wspólnotę przyzwyczajoną do rekompensowania politycznej słabości aktywnością prawodawczą, chociaż uchwalona norma nie produkuje energii, samochodów ani mikroprocesorów. Utworzony w sierpniu Rhine Group ma według tej interpretacji przerwać cykl, w którym kolejne raporty potwierdzają znane problemy, lecz nie zmieniają gospodarczej trajektorii kontynentu.

Dlaczego Mario Draghi powołał nowe forum właśnie teraz?

Od przedstawienia raportu o konkurencyjności minęły dwa lata, więc okres zachwytu nad diagnozą powinien ustąpić kontroli wykonania. Według opublikowanej we wrześniu 2026 r. analizy opisanej przez „El País” w pełni zrealizowano jedynie 16 proc. rekomendacji, a ponad połowa pozostawała zablokowana lub bez rozpoczętej realizacji. Nawet jeśli metodykę takiego liczenia można dyskutować, wynik ujawnia przepaść między szybkością globalnej konkurencji a rytmem europejskiej zmiany.

Rhine Group został uruchomiony 24 sierpnia 2026 r. i według opisu europejskiego środowiska start-upów połączył 55 przedsiębiorców, ekonomistów, badaczy i byłych osób pełniących funkcje publiczne. Sama obecność znanych nazwisk nie gwarantuje wpływu, lecz może zapewnić dostęp do danych, doświadczeń inwestycyjnych oraz kanałów komunikacji z rządami. Najważniejszą próbą dla grupy będzie wskazanie reform, które da się wdrożyć w ciągu miesięcy, zamiast tworzenia jeszcze jednej całościowej wizji z terminem sięgającym następnej dekady.

W debacie o nowym forum pojawia się również ryzyko elitarności, ponieważ przemysłowe priorytety największych korporacji nie zawsze są tożsame z potrzebami nowych firm, konsumentów i państw położonych dalej od gospodarczej osi Renu. Rozmowa o misji Rhine Group wskazuje na zamiar łączenia wiedzy ze zdolnością oddziaływania na politykę. Jeżeli organizacja chce stać się czymś więcej niż klubem wpływu, powinna publikować przesłanki swoich rekomendacji i ujawniać, czy proponowane uproszczenia przynoszą korzyść całemu rynkowi, czy wybranym uczestnikom.

Czy regulacje są główną przyczyną przemysłowego osłabienia?

Prawo jest jedną z warstw problemu, ale nie można nim objaśnić każdego zamknięcia zakładu ani każdej utraconej inwestycji. Europejskie przedsiębiorstwa zmagają się również z drogim kapitałem, starzeniem ludności, niedoborem specjalistów, rozdrobnieniem usług i finansów, agresywną polityką subsydiów konkurentów oraz uzależnieniem od importowanych surowców. Przypisanie całej odpowiedzialności Komisji uwalniałoby rządy krajowe od rozliczenia z przewlekłych procedur, nadregulacji przy wdrażaniu dyrektyw i wieloletnich zaniedbań infrastrukturalnych.

Nie oznacza to, że zarzut Alomara można zbyć jako retorykę przeciwnika integracji. Europejski przemysł chemiczny, należący do najbardziej energochłonnych, odnotował silny spadek nowych inwestycji i wzrost zamknięć mocy produkcyjnych; dane branżowe omawiane przez „Financial Times” wiążą ten proces z cenami energii, importem z Chin i ciężarem wymogów. Gdy podobne sygnały płyną z kilku sektorów naraz, prawodawca powinien zbadać skumulowane oddziaływanie swoich decyzji, nawet jeśli każdy przepis z osobna ma racjonalne uzasadnienie.

Użytecznym narzędziem byłby obowiązkowy „test fabryki”, przeprowadzany przed przyjęciem istotnego aktu gospodarczego. Instytucje musiałyby w nim wykazać, czy zakład działający w Unii ma dostęp do energii, technologii, infrastruktury oraz danych koniecznych do spełnienia wymagań w wyznaczonym terminie. Jeżeli odpowiedź byłaby negatywna, należałoby najpierw usunąć wąskie gardła albo wprowadzić etapowanie oparte na realnych wskaźnikach.

Czy transformacja motoryzacji została właściwie zaprogramowana?

Europejscy producenci samochodów stanęli wobec przejścia od mechaniki do połączenia baterii, elektroniki i oprogramowania, podczas gdy ich chińscy konkurenci rozwijali się od początku w nowym modelu. Unijne cele emisyjne mogły przyspieszyć konieczne inwestycje, ale zarazem ustawiły daty, których osiągnięcie zależy od czynników znajdujących się poza kontrolą fabryk. Ładowarki, sieci elektroenergetyczne, ceny pojazdów i dostęp do surowców nie rosną automatycznie wraz z zaostrzeniem limitu emisji.

Bruno Alomar wybiera w „Le Figaro” zakaz rejestracji nowych samochodów emitujących CO2 od 2035 r. jako symbol regulacyjnej pychy i przypomina o utracie etatów w Niemczech. Trzeba jednak pamiętać, że sektor byłby wystawiony na azjatycką konkurencję także bez europejskich terminów, a obrona silnika spalinowego nie rozwiązuje zapóźnienia w bateriach czy systemach cyfrowych. Właściwe pytanie brzmi więc nie „transformować czy nie”, ale „jak rozłożyć ryzyko”, aby koszt politycznej decyzji nie spoczął wyłącznie na producentach, pracownikach i nabywcach.

O skali napięcia świadczy apel europejskich producentów ciężarówek o przesunięcie celów redukcji emisji, gdy udział bezemisyjnych pojazdów ciężkich pozostawał niewielki, a infrastruktura nie odpowiadała potrzebom transportu. Informacja o postulowanym trzyletnim przesunięciu pokazuje, że sama podaż pojazdów nie tworzy opłacalnego systemu logistycznego. Każda korekta musi jednak zachować przewidywalność, ponieważ ciągłe zmiany są dla inwestycji równie szkodliwe jak nierealny pierwotny termin.

Czy Europa może być bezpieczna bez konkurencyjnej energii?

Po odcięciu dużej części rosyjskich dostaw Unia dowiodła, że potrafi reagować w sytuacji nadzwyczajnej, ale zapłaciła za dywersyfikację wysoką cenę. Następny etap powinien przesunąć uwagę z fizycznej dostępności paliw na trwały koszt energii dla gospodarstw i przedsiębiorstw. Wymaga to połączeń między rynkami, szybszej rozbudowy sieci, magazynowania, efektywności, odnawialnych źródeł oraz atomu w państwach, które zdecydowały się go rozwijać.

Rozporządzenie metanowe stało się sprawdzianem zdolności pogodzenia polityki klimatycznej z bezpieczeństwem dostaw. Branżowa organizacja IOGP Europe informowała w czerwcu 2026 r., że 17 państw członkowskich zabiegało o odroczenie i ukierunkowaną zmianę zasad, obawiając się trudności z ich wdrożeniem. Dane pochodzą od zainteresowanego sektora i powinny być weryfikowane krytycznie, lecz skala politycznego niepokoju wskazuje, że administracyjna wykonalność nie jest problemem wymyślonym przez pojedynczą firmę.

Metan odpowiada za istotną część krótkoterminowego ocieplenia, dlatego rezygnacja z ograniczania jego emisji byłaby fałszywym rozwiązaniem. Można natomiast ujednolicić metodologię, dopuścić wiarygodne systemy równoważności, precyzyjnie zdefiniować odpowiedzialność importera i zsynchronizować obowiązki z dostępnością danych u partnerów handlowych. Skuteczność środowiskowa jest większa wtedy, gdy przepis prowadzi do mierzalnej redukcji wycieków u producenta, niż wtedy, gdy powoduje jedynie zmianę kierunku dostawy.

Dlaczego europejskie ambicje cyfrowe nie tworzą jeszcze skali?

Kontynent zachował silne ośrodki naukowe, producentów maszyn, wyspecjalizowane firmy półprzewodnikowe i znaczący rynek konsumencki, ale brakuje mu wielu przedsiębiorstw platformowych oraz infrastruktury obliczeniowej porównywalnej z amerykańską. Komisja rozwinęła pierwsze na świecie kompleksowe ramy dla sztucznej inteligencji, opisane w oficjalnym przewodniku po AI Act, lecz normatywne pierwszeństwo nie jest tym samym co technologiczne przywództwo. Przewaga regulacyjna ma gospodarczą wartość dopiero po połączeniu z inwestycjami i zdolnością wdrażania modeli w europejskich firmach.

Historia European Chips Act przynosi podobną lekcję, ponieważ strategiczny cel udziału w produkcji światowej nie został oparty na dostatecznie spójnym systemie decyzji. Sama Unia dysponuje ograniczoną częścią środków, reszta zależy od państw i prywatnych inwestorów, którzy kierują się własnym rachunkiem korzyści. W rezultacie odpowiedzialność za ogłoszony cel jest europejska, podczas gdy narzędzia pozostają rozproszone.

Cyfrowe regulacje powinny chronić człowieka, konkurencję i bezpieczeństwo, ale muszą również pozostawić przestrzeń do eksperymentowania przed osiągnięciem przez firmę globalnej skali. Pomóc mogą kontrolowane środowiska testowe, jednolite interpretacje obowiązujące w całej Unii i proporcjonalne wymagania dla małych podmiotów. Najgorszym scenariuszem byłby rynek, na którym europejskie start-upy ponoszą koszt zgodności, a największe zagraniczne korporacje rozkładają go na miliardy użytkowników.

Jak odróżnić dobrą normę od regulacyjnego nadmiaru?

Pierwszym kryterium powinna być mierzalność rezultatu, drugim wykonalność, trzecim proporcjonalność, a czwartym zgodność z pozostałymi celami strategicznymi. Jeśli akt ogranicza emisje, trzeba badać realny ślad globalny, a nie tylko statystykę terytorialną; jeżeli chroni konsumenta, należy sprawdzić, czy nie usuwa z rynku mniejszych dostawców, wzmacniając oligopol. Ocena musi być ponawiana po wejściu prawa w życie, z możliwością automatycznego wygaśnięcia rozwiązania, które nie przynosi deklarowanych efektów.

Przydatne byłyby ponadto wspólne terminy wydawania pozwoleń, jeden cyfrowy punkt raportowania i zasada, że przedsiębiorstwo nie przekazuje kilku urzędom tych samych danych. Rządy powinny ograniczyć krajowe dokładanie wymogów do dyrektyw, zaś Komisja mogłaby publikować sektorowy bilans nowych i usuniętych kosztów zgodności. Deregulacja stałaby się wówczas procesem zarządzania jakością prawa, a nie polityczną kampanią przeciwko całemu dorobkowi wspólnego rynku.

Mario Draghi trafnie rozpoznaje, że europejskie okno na zmianę nie będzie otwarte bez końca, a Bruno Alomar słusznie żąda, by normy konfrontować z przemysłową rzeczywistością. Ich ostrzeżenie należy jednak uzupełnić o odpowiedzialność państw, potrzeby klimatyczne oraz korzyści wynikające ze wspólnych standardów. Europa nie musi wybierać pomiędzy bezpieczeństwem a konkurencyjnością, lecz musi przestać uchwalać pierwsze bez budowania drugiej.

Kazimierz Olejnik

 

Materiał chroniony prawem autorskim – wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy.

Warto przeczytać