14086693619_82289400af_k

[OPINIA] Dariusz Lipiński: Wartości europejskie i wartości narodowe. Miejsca wspólne i rozbieżności

Share on facebook
Podziel się
Share on twitter
Twitter
Share on email
Email
Share on print
Drukuj
Unia Europejska to „my” w tych dziedzinach, w których traktaty przypisują jej kompetencje. We wszystkich innych sprawach Unia Europejska jest zagranicą – pisze Dariusz Lipiński

Jednym z prostszych, a jednocześnie najczęściej przez ludzi komplikowanych problemów politycznych jest ten, czy Unia Europejska ma prawo nas (czy jakiekolwiek inne państwo członkowskie) pouczać w kwestiach prawnych, instruować, co jest zgodne z prawem, a co nie, dyscyplinować, umoralniać i besztać. Niektórzy, kosmopolityczni „dobrzy Europejczycy” (mówiąc brukselską euromową) – tak się składa, że są to najtwardsi zwolennicy tej części opozycji, która sama siebie nazwała „totalną” – mówią nam, że oczywiście że tak, że wstępując do Unii przyjęliśmy na siebie konkretne zobowiązania, a część z nich dodaje, że jeśli nie będziemy stosowali się do pouczeń premiera Holandii czy Luksemburga, to okażemy się niegodni uczestnictwa w „elitarnym klubie”, do którego nas przyjęto. (Nie przerysowuję, naprawdę spotkałem się z takim podejściem i używaniem takiego określenia.) „Dobrzy Europejczycy” traktują Unię nie jak organizację międzynarodową zrzeszającą państwa dla realizacji wspólnych celów zapisanych w traktatach, ale jak byt nadprzyrodzony, któremu należy oddawać cześć, a już co najmniej jak superpaństwo lub Biuro Polityczne, które sprawuje władzę nad polskim rządem i tylko czekać (nie wiadomo jedynie dlaczego tak długo czekać – uważają), jak wreszcie zrobi z nim porządek. Inni Polacy – część z nich określa się jako „prawdziwi” – są w gruncie rzeczy kopią „dobrych Europejczyków”, tyle że z przeciwnym znakiem. Oni też uważają Unię za superpaństwo lub Biuro Polityczne, często nazywając Brukselę „nową Moskwą”, też przypisują jej władzę nad polskim rządem (tyle, że nie oczekują „zrobienia z nim porządku”, tylko jego „wyzwolenia się” spod buta „nowej Moskwy”) i – podobnie jak tamci – dopatrują się w Unii cech nadprzyrodzonych, tyle że szatańskich. Dla pierwszych Unia to „my”: cokolwiek zaproponuje, jest obowiązujące i powinno być akceptowane z cielęcym zachwytem. Dla drugich Unia to „oni”, obcy, de facto okupanci, przynajmniej potencjalni, a cokolwiek z niej przychodzi złe jest i szkodliwe.

Czy zatem Unia Europejska to „my”, czy „oni”? Otóż – szanowni cielęcy entuzjaści i szanowni betonowi sceptycy – zdziwię was. Nie jest ani jednym, ani drugim. A mówiąc ściślej: czasami jest „nami”, czasami „nimi”, a kiedy indziej jeszcze czymś innym, ani tamtym, ani tym. Czym i kiedy jest, precyzyjnie opisują traktaty (Traktat o Unii EuropejskiejTUE i Traktat o funkcjonowaniu Unii EuropejskiejTfUE), które wprawdzie są lekturą nudnawą, ale – przynajmniej w rzeczach podstawowych – w miarę zrozumiałą i warto po nie sięgać.

Otóż Unia Europejska to „my” w tych dziedzinach, w których traktaty przypisują jej kompetencje wyłączne (co oznacza, że w tych obszarach państwa członkowskie scedowały na nią swą suwerenność). Sprawa jest jasna jak słońce, kompetencje te są  enumeratywnie wymienione w artykule 3 TfUE: unia celna; ustanawianie reguł konkurencji niezbędnych do funkcjonowania rynku wewnętrznego; polityka pieniężna w odniesieniu do Państw Członkowskich, których walutą jest euro; zachowanie morskich zasobów biologicznych w ramach wspólnej polityki rybołówstwa oraz wspólna polityka handlowa. Nie ulega wątpliwości, że skoro w tych dziedzinach oddaliśmy suwerenność na rzecz Unii, to obowiązuje nas prawo unijne. Na przykład w sprawach związanych z przywozem przyborów kuchennych z tworzyw poliamidowych i melaminowych pochodzących lub wysłanych z Chin nie mamy, jako państwo członkowskie, nic do gadania. W kwestii tych przyborów i tworzyw Unia to „my”.

Jest też całkiem spora liczba dziedzin, w których Unia ma kompetencje dzielone z państwami członkowskimi. To ten obszar moglibyśmy nazwać: ani „my”, ani „oni”, tylko coś pośredniego, coś, co ewentualnie trzeba między zainteresowanymi uzgodnić, a w ostateczności spotkać się w sądzie, czyli w Trybunale Sprawiedliwości Unii Europejskiej w Luksemburgu. (To jest trybunał powołany do rozstrzygania takich właśnie sporów, a nie na przykład – jak mylnie sądzą „dobrzy Europejczycy” – do wypowiadania się w sprawach konstytucyjnych państw członkowskich.) Jednak także w obszarze kompetencji dzielonych sprawa co do zasady jest jasna. Zgodnie z zasadą pomocniczości, w dziedzinach, które nie należą do jej wyłącznej kompetencji, Unia podejmuje działania tylko wówczas i tylko w takim zakresie, w jakim cele zamierzonego działania nie mogą zostać osiągnięte w sposób wystarczający przez Państwa Członkowskie – czytamy w artykule 5 ustęp 3 TUE. Kompetencje dzielone Unii wylicza artykuł 4 TfUE. Obejmują one: rynek wewnętrzny; politykę społeczną w odniesieniu do aspektów określonych w niniejszym Traktacie; spójność gospodarczą, społeczną i terytorialną; rolnictwo i rybołówstwo, z wyłączeniem zachowania morskich zasobów biologicznych; środowisko; ochronę konsumentów; transport; sieci transeuropejskie; energię; przestrzeń wolności, bezpieczeństwa i sprawiedliwości; wspólne problemy bezpieczeństwa w zakresie zdrowia publicznego w odniesieniu do aspektów określonych w niniejszym Traktacie.

Warto jeszcze dodać, że istnieją takie polityki unijne, w zakresie których traktaty przyznają kompetencje Wspólnocie (np.: Zgodnie z postanowieniami Traktatu o Unii Europejskiej Unia ma kompetencję w zakresie określania i realizowania wspólnej polityki zagranicznej i bezpieczeństwa, w tym stopniowego określania wspólnej polityki obronnej – art. 2 ust. 4 TfUE), ale z uwagi na to, że kwestie te wymagają jednomyślności w Radzie, tak naprawdę decyzje należą do państw członkowskich. Wreszcie: W niektórych dziedzinach i na warunkach przewidzianych w Traktatach, Unia ma kompetencję w zakresie prowadzenia działań w celu wspierania, koordynowania lub uzupełniania działań Państw Członkowskich, nie zastępując jednak ich kompetencji w tych dziedzinach (art. 2 ust. 5 TfUE, podkreślenie moje – D. L.).

Instytucje takie jak Komisja Europejska czy Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej też są uczestnikami różnych rywalizacji i w związku z tym nie są bezstronne

To w uproszczeniu wszystko, czym w zgodzie z Traktatami może zajmować się Unia Europejska. We wszystkich innych sprawach decydują państwa członkowskie. We wszystkich innych sprawach Unia Europejska jest zagranicą. Granice kompetencji Unii wyznacza zasada przyznania – głosi we wszystkich 24 oficjalnych językach Unii artykuł 5 TUE. Zgodnie z zasadą przyznania Unia działa WYŁĄCZNIE [wyróżnienie moje – D. L.] w granicach kompetencji przyznanych jej przez Państwa Członkowskie w Traktatach (…). Wszelkie kompetencje nieprzyznane Unii w Traktatach należą do Państw Członkowskich.W tych kwestiach Unia to „oni”.

Oczywiście nie jest tak, że nie istnieją kwestie wątpliwe, co do których musi wypowiadać się Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Gdyby tak było, organ ten nie byłby potrzebny. A jest, spory w zakresie prawa wspólnotowego ktoś rozstrzygać musi. Lecz trzeba wyraźnie przypominać: w zakresie prawa wspólnotowego. Cała reszta to polityka. Często związana z tym, że w jakichś konkretnych kwestiach państwa członkowskie mają odmienne, a nawet rozbieżne interesy (to tylko „dobrzy Europejczycy” wierzą lub zdają się wierzyć, że wszystkie państwa członkowskie – oczywiście, z wyjątkiem Polski – zawsze i w każdej sprawie „chcą dobrze” dla całego „elitarnego klubu”). Kiedy indziej wynikająca z obsesji narzucenia innym swojej wizji świata, jak wtedy, gdy lewicowo-liberalni „dobrzy Europejczycy” próbują forsować jako rzekome „wartości europejskie” swoje poglądy na aborcję, tęczową ideologię czy miejsce religii w życiu publicznym (by poprzestać na przykładach pierwszych z brzegu). Wreszcie może być to element rywalizacji i starań o poszerzenie swych wpływów między poszczególnymi aktorami procesu integracji, także między instytucjami unijnymi. To ostatnie jest zjawiskiem normalnym, istniejącym od początku procesu integracji i dobrze opisanym przez politologów. Warto zatem pamiętać, że instytucje takie jak Komisja Europejska czy Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej też są uczestnikami różnych rywalizacji i w związku z tym nie są bezstronne.

Dariusz Lipiński – publicysta, fizyk, wykładowca akademicki, samorządowiec. Działał w opozycji antykomunistycznej, był posłem na Sejm V i VI kadencji z ramienia Platformy Obywatelskiej

 

Materiał chroniony prawem autorskim – wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy.

Reklama

Warto przeczytać

Reklama