family-557100_1920

[OPINIA] Michał A. MICHALSKI: Polityka rodzinna jako sprawiedliwość społeczna

Share on facebook
Podziel się
Share on twitter
Twitter
Share on email
Email
Share on print
Drukuj
Przez dekady rodziny wychowujące dzieci były eksploatowanym dobrem, z których wysiłku korzystał ogół społeczeństwa. Trudno się dziwić, że młode pokolenie coraz częściej nie chce w taką rolę wchodzić – pisze prof. Michał A. Michalski

Niewątpliwym sukcesem ostatnich lat jest to, że polityka rodzinna – nie tylko w Polsce, ale także m.in. w krajach Grupy Wyszehradzkiej – stała się coraz bardziej obecnym i częściej podejmowanym tematem dyskusji, opracowań, a także konkretnych działań w obrębie polityki społecznej. Warto tu chociażby przywołać spotkanie ministrów rodziny Grupy V4 w lutym bieżącego roku czy niedawne powołanie w jej ramach „Coalition ProFamilia” („Koalicja na rzecz rodziny”).

W kontekście polskiej polityki rodzinnej za symbol tego sukcesu można uznać przemianowanie w 2015 r. Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej na Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej. Od tamtej pory polityka rodzinna stała się tematem, który nie pojawia się już tylko od święta, czyli w okresie przedwyborczym, po którym najczęściej była odkładana na półkę. Gdyby spojrzeć wstecz na ostatnie trzydzieści lat w naszym kraju, to chyba także nigdy wcześniej przez tak długi czas nie była ona prowadzona w sposób konsekwentny i ciągły. Pod tym względem na pewno warto docenić chociażby wytrwałość i determinację minister Marleny Maląg, która za swój znak firmowy – na długo zanim objęła resort – obrała właśnie politykę rodzinną.

Dziś nikt nie ma wątpliwości, że Europa i tzw. kraje rozwinięte znajdują się w sytuacji poważnej depopulacji, choć kilka lat temu niewiele się o tym mówiło i właściwie wydawało się, że nie ma problemu

Trzeba oczywiście wyraźnie zaznaczyć, że ten powrót polityki rodzinnej do katalogu bieżących tematów i działań podejmowanych przez rządzących nastąpił w szczególnym kontekście demograficznym. O ile dziś właściwie już nikt nie ma wątpliwości, że Europa i tzw. kraje rozwinięte znajdują się w sytuacji poważnej depopulacji, o tyle kilka lat temu niewiele się o tym mówiło i właściwie wydawało się, że nie ma problemu. Wyzwania demograficzne zdawały się być daleko i tylko niewielu biło na alarm, ostrzegając, że ujawnią się one o wiele szybciej, niż się spodziewamy. I to oni mieli rację. Warto przy tym docenić to, że już od sześciu lat polskie państwo stara się z tym problemem zmagać i łagodzić jego skutki.

Ważne jest, by przy okazji zaznaczyć, że kryzys demograficzny, którego efekty będziemy odczuwać coraz dotkliwiej z każdym rokiem, nie zaczął się dekadę czy dwie temu, ale jego geneza sięga mniej więcej połowy XX wieku. Gdyby chcieć dokładnie wytłumaczyć, jak się rozwijał, to trzeba by nie artykułu, ale obszernych opracowań np. demograficznych czy socjologicznych, których jest już na szczęście całkiem sporo.

Ja natomiast proponuję spojrzeć na tę sytuację nieco inaczej – w sposób, który z jednej strony pozwala uprościć cały ten złożony problem, a z drugiej wydaje się prawie nieobecny w debacie na ten temat. Uważam mianowicie, że warto spojrzeć na politykę rodzinną jako na sprawiedliwość społeczną. Obecny kryzys demograficzny stanowi efekt długotrwałej niesprawiedliwości społecznej, która – by było jasne – nie dotyczy tylko Polski. Mam jednocześnie świadomość, że takie postawienie sprawy może wzbudzać zdziwienie, a nawet opór. Dlatego spróbuję pokazać, w jaki sposób rozumiem ten brak sprawiedliwości w kontekście demografii i polityki społecznej.

Gdy cofniemy się do przełomu wieków XIX i XX, kiedy rodziły się tzw. solidarnościowe (repartycyjne) systemy emerytalne, których kondycja i perspektywy dziś nie napawają optymizmem, świat wyglądał inaczej. I to przede wszystkim pod jednym względem: założenie leżące u ich podstaw, według którego ludzie mieli, mają i będą mieć dzieci, było wówczas niekwestionowane, gdyż nikt nie wierzył, że może być inaczej. Z czasem jednak na skutek oddziaływania przeplatających się procesów, takich jak sekularyzacja, indywidualizacja, komercjalizacja czy późniejsza postmodernizacja z jej relatywizacją i subiektywizacją, zaczęło się okazywać, że małżeństwo i rodzicielstwo to coraz rzadziej podejmowane wybory życiowe. Dzieci było więc coraz mniej, a zastępowalność pokoleń stawała się niedoścignionym marzeniem.

Jednocześnie systemy emerytalne trwały w pierwotnej formie, podczas gdy państwa dobrobytu stopniowo (w znacznej mierze pod wpływem dwojakiej presji: neoliberalnej i kontrkulturowej) zmieniały swoją orientację w kierunku systemów, w których żądania i pragnienia jednostki zaczęły być absolutyzowane. W efekcie wymiar wspólnotowy, a więc i rodzinny, zaczął być marginalizowany i spychany na obrzeża polityki społecznej i gospodarczej. Równolegle w jakimś sensie niepostrzeżenie miejsce sprawiedliwości zaczęła zajmować równość, czasem do złudzenia przypominająca tę pierwszą, lecz w istocie prowadząca do niesprawiedliwości.

W ten sposób na horyzoncie dostrzeganym przez decydentów czy architektów polityk społecznych widać było przede wszystkim jednostki, do których dość szybko i łatwo daje się przykładać równą – choć niekoniecznie sprawiedliwą – miarę. W tym kontekście rodzicielstwo zeszło na plan dalszy i zaczęło być traktowane jako prywatna sprawa obywatela, która w żaden sposób nie powinna wpływać na jego uprzywilejowane traktowanie np. w kwestii zarobków (kto dziś pamięta instytucję pensji rodzinnej, tzw. family wage?) czy obciążeń podatkowych. W takim też „równościowym” duchu systemy emerytalne – jak Temida z zawiązanymi oczami – wypłacały świadczenia bez uwzględniania tego, czy świadczeniobiorcy posiadali dzieci, które dokładały się do wspólnego budżetu. W ten sposób rodzice – najczęściej matki – którzy zdecydowali się wychować większą liczbę dzieci, a przez to zmuszeni byli ograniczyć aktywność na rynku pracy (albo w ogóle z niej zrezygnować), odbierali z tego samego okienka głodową emeryturę lub nie otrzymywali nic. Absurdalność tego systemu bardzo dobrze obnażył niedawno na łamach „Wszystko co Najważniejsze” Vladimir Palko w artykule Świadczenie rodzicielskie. U progu rewolucji emerytalnej na Słowacji, prezentując jednocześnie pomysł świadczenia emerytalnego, które skutecznie może przywracać sprawiedliwość społeczną.

Wracając do systemów emerytalnych, należy zauważyć, że nie respektując zasad sprawiedliwości, stawały się jednocześnie coraz bardziej antyrodzinne. W rezultacie wyjaławiały glebę, na której rosły. Automatycznie przychodzą tu na myśl dobrze znane w ekonomii koncepcje, takie jak efekt gapowicza (free rider problem) oraz tragedia wspólnego pastwiska (tragedy of the commons). Z jednej strony mechanizmy polityki społecznej, co widać dobrze na przykładzie emerytur, premiowały przez lata właśnie tych, którzy postanowili potraktować życie w społeczeństwie jak jazdę bez biletu. Warto przy tym zaznaczyć, że nie można za to winić tylko obywatela, który postanawia skorzystać z okazji, którą stwarza system, lecz należy zapytać także tych, którzy tak skonstruowali rzeczywistość, że można w niej spokojnie i dostatnio doczekać lepszej emerytury, na którą będą pracowały cudze dzieci.

Z drugiej strony, patrząc przez pryzmat tragedii wspólnych pastwisk, można powiedzieć, że przez dekady rodziny wychowujące dzieci były eksploatowanym dobrem, z którego wysiłku i pracy korzystał ogół społeczeństwa, co znów dobrze widoczne jest w kontekście systemów emerytalnych. W ten sposób to głównie rodzice stali się ofiarami zinstytucjonalizowanej w różnych formach, usankcjonowanej prawnie i dodatkowo utrwalonej kulturowo niesprawiedliwości społecznej. I w tym kontekście pewnie trudno się dziwić, że coraz częściej młode pokolenie nie chce w taką rolę wchodzić.

Warto spojrzeć na politykę rodzinną jako na ważne – choć niejedyne – narzędzie przywracania sprawiedliwości społecznej

Dlatego patrząc na dzisiejsze próby podejmowania wyzwań i odwracania trendów demograficznych, warto spojrzeć na politykę rodzinną jako na ważne – choć niejedyne – narzędzie przywracania sprawiedliwości społecznej. Także przez ten pryzmat warto oceniać konkretne rozwiązania, pamiętając o kontekście, w jakim mają być zastosowane.

Pozostaje wierzyć, że gdy potencjalni małżonkowie i rodzice zaczną dostrzegać, że ład społeczno-gospodarczy, w którym żyją i będą mogły żyć ich dzieci, staje się coraz bardziej sprawiedliwy, wówczas – najprawdopodobniej – odpowiedzą swoimi decyzjami na demograficzną zimę, która nadchodzi. Może się okaże, że nie będzie zbyt długa i surowa i dość szybko nadejdzie po niej upragniona wiosna.

Dr hab Michał A. Michalski – profesor Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, kulturoznawca, filozof. Prezes Instytutu Wiedzy o Rodzinie i Społeczeństwie

Materiał chroniony prawem autorskim – wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy.

Reklama

Warto przeczytać

Reklama