François Bayrou przedstawił wyjątkowo ponurą ocenę stanu francuskiego państwa. Były premier i przewodniczący centrowego MoDem stwierdził w Europe 1, że kryzys finansowy jest nieunikniony. Według niego Francja nie znajdowała się w równie trudnym położeniu od trzech czwartych wieku.
Najbardziej wymowna była przedstawiona przez Bayrou perspektywa na 2027 rok. Jak przekonywał, wszystkie wpływy z podatku dochodowego płaconego przez Francuzów mogą nie wystarczyć na pokrycie odsetek od długu publicznego. Chodziłoby wyłącznie o koszt obsługi zadłużenia, bez spłaty choćby części pożyczonego kapitału.
Francuski dług rośnie coraz szybciej
Słowa byłego premiera są elementem politycznej diagnozy, ale stoją za nimi niepokojące dane. Według francuskiego urzędu statystycznego INSEE pod koniec pierwszego kwartału 2026 roku dług publiczny Francji wynosił 3,536 biliona euro, czyli 117,5 proc. PKB. W ciągu zaledwie trzech miesięcy zwiększył się o 75,6 mld euro.
Rosną również koszty jego obsługi, ponieważ państwo zastępuje dawne, nisko oprocentowane obligacje nowym zadłużeniem zaciąganym na znacznie gorszych warunkach. Problemem nie jest więc wyłącznie wysokość długu. Coraz większa część budżetu będzie przeznaczana na odsetki, a coraz mniejsza pozostanie na szkoły, ochronę zdrowia, obronność, politykę społeczną i inwestycje. Dlatego finanse publiczne stają się jednym z głównych tematów francuskiej kampanii wyborczej.
Kryzys finansowy nakłada się na polityczny paraliż trwający od rozwiązania Zgromadzenia Narodowego przez Emmanuela Macrona w 2024 roku. Kolejne rządy nie dysponowały stabilną większością, a spory o budżet doprowadzały do upadku gabinetów. Sam Bayrou stracił stanowisko premiera we wrześniu 2025 roku po przegranym głosowaniu nad wotum zaufania.
Marine Le Pen i Jean-Luc Mélenchon w drugiej turze
Francuzi wybiorą prezydenta w dwóch turach, zaplanowanych na 18 kwietnia i 2 maja 2027 roku. Emmanuel Macron nie może ubiegać się o trzecią kolejną kadencję, dlatego wybory otwierają drogę do Pałacu Elizejskiego politykom reprezentującym zupełnie różne wizje państwa.
Marine Le Pen jest liderką narodowej prawicy i najbardziej rozpoznawalną postacią Zjednoczenia Narodowego. Po wyroku sądu apelacyjnego z 7 lipca ponownie może uczestniczyć w wyborach, choć jej postępowanie sądowe nie zostało ostatecznie zakończone. Jean-Luc Mélenchon, twórca Francji Nieujarzmionej, reprezentuje radykalną lewicę i po raz czwarty zamierza walczyć o prezydenturę.
Bayrou uważa możliwość spotkania tych dwojga w drugiej turze za „śmiertelne zagrożenie dla kraju”. Jego zdaniem w czasie kryzysu Francuzi potrzebują prezydenta, który posiada doświadczenie w kierowaniu państwem, ale jednocześnie potrafi przedstawić wiarygodną obietnicę odnowy. „Nie powierza się boeinga komuś, kto nigdy nie pilotował nawet szybowca” – powiedział były premier.
Za tym ostrzeżeniem kryje się również konkretna polityczna strategia. Bayrou próbuje przekonywać francuskie centrum do kandydatury Thierry’ego Bretona, byłego ministra gospodarki, szefa wielkich przedsiębiorstw i komisarza europejskiego odpowiedzialnego za rynek wewnętrzny. Breton miałby wystąpić jako doświadczony zarządca zdolny zmierzyć się z zadłużeniem oraz gospodarczym osłabieniem Francji.
Nie jest jednak jedynym kandydatem zabiegającym o wyborców centrum. W wyścigu uczestniczą także były premier Édouard Philippe oraz Gabriel Attal, a prawica republikańska wystawia Bruno Retailleau. Podzielona pozostaje również lewica. Pełny układ sił przed wyborami prezydenckimi we Francji pokazuje, że największym problemem obozu centrowego nie jest dziś brak kandydatów, lecz brak jednej postaci zdolnej połączyć jego wyborców.
Wybory w 2027 roku rozstrzygną zatem nie tylko, kto zastąpi Emmanuela Macrona. Zdecydują również o tym, komu Francuzi powierzą państwo zadłużone, politycznie podzielone i coraz bardziej ograniczone kosztami własnych wcześniejszych decyzji.
Beata Najgrodzka

















