Co planują Francuzi i Saudyjczycy
Nowa atrakcja miałaby zostać zbudowana w Courdimanche w departamencie Val-d’Oise, kilkadziesiąt kilometrów od centrum Paryża. W tym miejscu działał kiedyś park Mirapolis, zamknięty w 1991 roku. Od tamtej pory nie udało się znaleźć dla tego obszaru trwałego i naprawdę dużego projektu.
Według informacji Politico Pałac Elizejski od kilku miesięcy negocjuje z przedstawicielami Arabii Saudyjskiej. Rozmowy dotyczą możliwości przejęcia terenu przez Qiddiya Investment Company i stworzenia tam europejskiej wersji parku Dragon Ball. Spółka należy do saudyjskiego państwowego funduszu Public Investment Fund, dysponującego setkami miliardów dolarów.
Żadna ze stron nie potwierdziła dotąd zawarcia porozumienia. Nie podano również terminu otwarcia ani dokładnej sumy potrzebnej do realizacji planu. Francuskie media szacują jednak, że inwestycja mogłaby być warta więcej niż miliard euro.
O tym, że sprawa znajduje się na poważnym etapie, może świadczyć spotkanie francuskich urzędników zorganizowane pod koniec lipca. Brali w nim udział przedstawiciele wielu ministerstw, którzy omawiali między innymi transport, dostawy energii, własność ziemi oraz zarządzanie przyszłym kompleksem. Rozmowę miał prowadzić Georges-François Leclerc, prefekt regionu Île-de-France, wcześniej pracujący blisko Emmanuela Macrona.
Ważna może się okazać wizyta Mohammeda ibn Salmana w Paryżu. Saudyjski następca tronu ma pojawić się tam 23 sierpnia podczas finału Esports World Cup. Francuscy komentatorzy przypuszczają, że właśnie wtedy mogłaby zostać przedstawiona decyzja dotycząca nowego parku.
Dla Emmanuela Macrona byłaby to okazja do ogłoszenia kolejnej wielkiej inwestycji zagranicznej. Dla władz Val-d’Oise projekt oznaczałby szansę na ożywienie terenu, który od wielu lat pozostaje niewykorzystany. Skorzystać mogłyby firmy budowlane, hotele, restauracje, przewoźnicy oraz tysiące osób poszukujących zatrudnienia.
Mirapolis miało opowiadać historię Francji
Spór jest szczególnie gorący z powodu przeszłości wybranego miejsca. Mirapolis nie było zwyczajnym wesołym miasteczkiem. Jego autorzy chcieli stworzyć park korzystający z francuskiej literatury, legend i tradycji, który mógłby rywalizować z największymi atrakcjami zagranicznymi.
Park rozpoczął działalność w 1987 roku, pięć lat przed otwarciem Disneyland Paris. Zajmował około 50 hektarów i oferował widowiska oraz urządzenia nawiązujące do francuskich baśni i znanych postaci. Nad gośćmi górował olbrzymi Gargantua, bohater dzieła François Rabelais’go, którego posąg miał mniej więcej 35 metrów wysokości.
Mirapolis nie osiągnęło jednak planowanej liczby odwiedzających. Koszty były wysokie, przychody zbyt małe, a problemy finansowe narastały z każdym kolejnym sezonem. Po czterech latach park przestał istnieć, jego wyposażenie sprzedano, a wielką figurę Gargantui zburzono w połowie lat dziewięćdziesiątych.
Historia tego niepowodzenia ma dziś znaczenie symboliczne. W miejscu, które miało pokazywać rodzinom francuskie opowieści, może pojawić się bohater japońskiej mangi. Inwestycję sfinansuje natomiast nie firma z Francji ani Japonii, lecz państwowy fundusz Arabii Saudyjskiej.
Na ten właśnie paradoks zwrócił uwagę Nicolas de Villiers, prezes francuskiego parku Puy du Fou. W tekście opublikowanym przez „Le Figaro” napisał, że zamiana Gargantui na Son Goku pokazuje brak wiary francuskich elit we własne dziedzictwo. Warto przy tym zaznaczyć, że był to jego osobisty głos, a nie wspólny apel grupy intelektualistów.
De Villiers nie atakuje samej japońskiej kultury. Przyznaje, że można czytać francuskich pisarzy i jednocześnie lubić mangę. Jego zdaniem problem zaczyna się wtedy, gdy państwo chętnie pomaga zagranicznemu inwestorowi, ale nie potrafi wspierać równie odważnych przedsięwzięć opartych na rodzimej historii.
Arabia Saudyjska dobrze wie, po co jej rozrywka
Saudyjczycy nie wydają ogromnych pieniędzy na sport, turystykę i kulturę bez konkretnego planu. Wszystkie takie inwestycje są częścią programu Vision 2030 przygotowanego przez Mohammeda ibn Salmana. Rijad chce zmniejszyć zależność kraju od sprzedaży ropy naftowej i stworzyć nowe gałęzie gospodarki.
Arabia Saudyjska finansuje wielkie wydarzenia sportowe, sprowadza znanych piłkarzy, rozwija esport, inwestuje w gry komputerowe oraz buduje nowe cele turystyczne. Dzięki temu zarabia, przyciąga młodych ludzi i zmienia swój obraz za granicą. Zamiast państwa kojarzonego głównie z ropą i surowymi zasadami chce być postrzegana jako nowoczesne centrum rozrywki.
Największym przykładem tej polityki jest Qiddiya City budowane niedaleko Rijadu. Powstają tam parki tematyczne, obiekty sportowe, miejsca przeznaczone dla graczy oraz rozbudowana baza turystyczna. Całość ma przyciągać gości nie tylko z krajów arabskich, ale także z Europy, Azji i Ameryki.
W Qiddiya zaplanowano również pierwszy wielki park Dragon Ball. Ma on zajmować ponad 500 tys. metrów kwadratowych, czyli powierzchnię odpowiadającą kilkudziesięciu boiskom piłkarskim. Goście otrzymają ponad 30 atrakcji rozmieszczonych w siedmiu częściach, a znakiem rozpoznawczym kompleksu będzie mierzący 70 metrów smok Shenron z przebiegającą przez niego kolejką.
Pomysł na podobny obiekt we Francji pozwoliłby Saudyjczykom wejść na europejski rynek turystyczny. Zyskaliby atrakcyjną lokalizację w pobliżu jednej z najczęściej odwiedzanych stolic świata. Park znalazłby się również niedaleko Disneyland Paris i Parku Asteriksa, które każdego roku przyjmują miliony turystów.
Tak działa dziś miękka siła, nazywana również soft power. Nie polega ona na używaniu wojska ani zmuszaniu innych państw do posłuszeństwa. Kraj buduje wpływy dzięki kulturze, sportowi, rozrywce i dobrym skojarzeniom, które powstają wśród zagranicznej publiczności.
Arabia Saudyjska nie stworzyła Dragon Ball, ale może zostać właścicielem miejsc, w których fani tej serii będą przeżywać swoje najważniejsze emocje. Dzieci odwiedzające taki park nie będą zastanawiały się nad międzynarodową strategią Rijadu. Zapamiętają jednak wyjątkową podróż, ogromne atrakcje i świat ulubionych bohaterów finansowany przez saudyjskie pieniądze.
Dlaczego Puy du Fou jest ważne w tej dyskusji
Nicolas de Villiers może wskazać przykład pokazujący, że francuskie dzieje da się połączyć z nowoczesną rozrywką. Kierowany przez niego Puy du Fou przyciąga publiczność widowiskami wykorzystującymi historię, dawne legendy i narodowych bohaterów. Zamiast płacić za światowe marki park samodzielnie tworzy spektakle odwołujące się do francuskiej pamięci.
Odwiedzający oglądają tam między innymi rycerzy, wikingów, muszkieterów oraz wydarzenia związane z ważnymi okresami historii kraju. W przedstawieniach wykorzystywane są rozbudowane dekoracje, muzyka, efekty świetlne, zwierzęta oraz najnowsze technologie sceniczne. Dawne wydarzenia otrzymują dzięki temu formę zrozumiałą także dla ludzi, którzy na co dzień nie interesują się historią.
Puy du Fou rozwinęło działalność również w Hiszpanii, ale nie przeniosło tam gotowych francuskich bohaterów. Hiszpańska część opowiada o miejscowej przeszłości, ponieważ jej twórcy uznali, że każde społeczeństwo ma własne historie warte pokazania. Ten sposób działania ma dowodzić, że można rozwijać międzynarodowy biznes bez usuwania lokalnej kultury z pierwszego planu.
Nie można jednak pomijać faktu, że nowy park stałby się konkurencją dla już działających atrakcji. Nicolas de Villiers jest nie tylko komentatorem życia publicznego, lecz także szefem dużego przedsięwzięcia turystycznego. Jego krytyka wynika z przekonań dotyczących Francji, ale może być również związana z interesem branży, w której pracuje.
Nie zmienia to głównego pytania podniesionego w jego artykule. Skoro francuska historia z powodzeniem przyciąga miliony ludzi do Puy du Fou, dlaczego władze nie próbują wykorzystać podobnego pomysłu w Mirapolis? Francji nie brakuje przecież znanych bohaterów, wydarzeń, budowli ani opowieści, z których można stworzyć atrakcyjny park.
Czy Francja musi wybierać między kulturą a pieniędzmi
Budowa parku Dragon Ball nie oznacza automatycznie zniszczenia francuskiej tożsamości. Kultura japońska jest popularna na całym świecie, a jej obecność pod Paryżem może wzbogacić ofertę turystyczną kraju. Francja zawsze korzystała ze spotkań z innymi narodami i nie powinna zamykać się na zagraniczne pomysły.
Nie ma również niczego złego w przyjmowaniu saudyjskiego kapitału, jeżeli przedsięwzięcie jest legalne, bezpieczne oraz korzystne dla mieszkańców. Po dziesięcioleciach bezczynności teren Mirapolis potrzebuje inwestora zdolnego sfinansować budowę, drogi i całą potrzebną infrastrukturę. Francuskie firmy lub państwo dotychczas nie zaproponowały rozwiązania o podobnej wartości.
Błąd polegałby jednak na uznaniu, że gospodarcze zalety zamykają dyskusję. Parki tematyczne nie sprzedają wyłącznie biletów, posiłków i noclegów. Sprzedają również historie, symbole oraz bohaterów, z którymi publiczność tworzy emocjonalną więź.
Amerykanie od dawna rozumieją tę zależność i dzięki filmom, muzyce oraz Disneylandom rozpowszechnili swój styl życia na całym świecie. Japonia zbudowała wielką część swojej międzynarodowej popularności za pomocą mangi, anime i gier. Saudyjczycy zaczynają natomiast wykorzystywać własne bogactwo, aby stać się ważnymi organizatorami światowej rozrywki.
Francja ma jeszcze większy zasób historycznych postaci i uniwersalnych dzieł. Jej problemem nie jest brak treści, lecz niewystarczająca umiejętność podawania jej w nowych formach. Szkoła, książka i muzeum pozostają ważne, ale nie zastąpią miejsc, w których młody człowiek może wejść do środka opowieści i poczuć się jej uczestnikiem.
Możliwe, że projekt pod Paryżem zostanie zrealizowany i okaże się sukcesem. Mieszkańcy znajdą zatrudnienie, samorządy otrzymają dodatkowe dochody, a turyści nowy powód do odwiedzenia regionu. Francja powinna jednak wykorzystać wywołaną nim dyskusję do stworzenia własnej strategii nowoczesnej rozrywki opartej na narodowym dorobku.
Son Goku może znaleźć swoje miejsce niedaleko Paryża. Nie powinien jednak pojawić się tam dlatego, że Francuzi przestali dostrzegać wartość Gargantui, Joanny d’Arc, muszkieterów, Małego Księcia i setek innych postaci należących do ich pamięci. Zagraniczna inwestycja staje się kulturowym zagrożeniem dopiero wtedy, gdy kraj przyjmujący pieniądze nie ma już żadnej własnej opowieści do zaproponowania.
Arkadiusz Jordan

















