belgium-3595351_1920

[OPINIA] Dariusz Lipiński: Zimna wyprawa krzyżowa

Share on facebook
Podziel się
Share on twitter
Twitter
Share on email
Email
Share on print
Drukuj
Różnica w podejściu do ustaw przyjmowanych na Węgrzech i w Holandii najlepiej pokazuje, że Unia Europejska nie stoi na straży traktatów, tylko prowadzi ideologiczną wojnę wobec części państw członkowskich – pisze Dariusz Lipiński

Tylko ktoś bardzo naiwny mógłby wierzyć w to, że w atakach unijnych establishmentów na Polskę czy Węgry chodzi o jakąś „praworządność” lub inne „wartości europejskie”. (Cudzysłowy są w tym miejscu zamierzone, bowiem oba te pojęcia pojawiają się ustawicznie w znaczeniu odbiegającym od słownikowego, często wręcz karykaturalnym.) Prawda,  podłoże aksjologiczne jest w tych atakach najważniejsze, lecz nie w znaczeniu takim, jak się zazwyczaj mniema. Mimo że nikt o tym nie mówi, toczy się współczesna wojna parareligijna, parodia – farsowa acz groźna – wypraw krzyżowych. Zimna, to znaczy bez użycia ognia i miecza, ale z pełnym zastosowaniem szantażu i olbrzymich pieniędzy.

Weźmy na przykład rwetes podniesiony z powodu przyjęcia przez węgierski parlament ustawy zakazującej promowania homoseksualizmu wśród dzieci i młodzieży. Z internetowej informacji TVN24 można dowiedzieć się, że chodzi między innymi o zakaz propagowania w szkołach homoseksualizmu i zmiany płci, o zaostrzenie kar za przestępstwa związane z pornografią dziecięcą, a także o zezwalanie na prowadzenie zajęć szkolnych dotyczących kwestii seksualności wyłącznie pedagogom szkolnym oraz osobom i organizacjom wyszczególnionym w oficjalnym rejestrze. Węgierska ustawa przewiduje także, że państwo chroni prawo dziecka do zachowania tożsamości odpowiadającej płci w chwili urodzenia. Czy Państwo widzicie w tych zapisach coś złego?

Organizacja międzynarodowa o nazwie Unia Europejska nie ma prawa ingerowania w ustawodawstwo państwa członkowskiego zakazujące promowania homoseksualizmu wśród dzieci i młodzieży

Czy Węgry – członek Unii Europejskiej – miały prawo tę ustawę przyjąć? Oczywiście, że miały. Ich ustawa dotyczy takiego obszaru polityki, który leży całkowicie w gestii państwa członkowskiego. Trzeba do znudzenia przypominać traktatową zasadę przyznania, określoną w artykule 5 Traktatu o Unii Europejskiej: Granice kompetencji Unii wyznacza zasada przyznania. (…) Zgodnie z zasadą przyznania Unia działa wyłącznie w granicach kompetencji przyznanych jej przez Państwa Członkowskie w Traktatach do osiągnięcia określonych w nich celów. Wszelkie kompetencje nieprzyznane Unii w Traktatach należą do Państw Członkowskich. Węgierska ustawa nie ma związku ani z unią celną, ani ze wspólną polityką handlową, rynkiem wewnętrznym, środowiskiem, transportem, sieciami transeuropejskimi, energią, ani z żadną inną z kilkunastu dziedzin, w których traktaty przyznają Unii Europejskiej jakiekolwiek kompetencje, obojętnie: wyłączne czy dzielone z państwami członkowskimi. Z formalnego punktu widzenia sprawa jest więc oczywista. Organizacja międzynarodowa o nazwie Unia Europejska nie ma prawa ingerowania w ustawodawstwo państwa członkowskiego zakazujące promowania homoseksualizmu wśród dzieci i młodzieży. Wara jej.

Może jednak – powie ktoś – formalny punkt widzenia, przepisy prawa stanowionego, to nie wszystko? Może w stosunku do ustawy węgierskiej trzeba (tak, jak czynią to w Polsce totalnie opozycyjni prawnicy w „obronie” Konstytucji) odwołać się do formuły Radbrucha: że lex iniustissima non est lex, że prawa rażąco sprzeczne z prawem naturalnym (furda, że najczęściej oznacza to subiektywne odczucie protestującego) należy traktować tak, jakby nie istniały? Ale – powtórzmy – przecież Węgrzy nie uchwalili niczego zdrożnego. Gdyby było inaczej, dziennikarze TVN24 – stacji będącej wszak poza jakimkolwiek podejrzeniem o sympatyzowanie z rządami Victora Orbána – nie pozwoliliby nam o tym zapomnieć.

Rzeczy zdrożne, wręcz barbarzyńskie, dzieją się za to gdzie indziej, bezkarnie. Jest w Unii Europejskiej kraj, w którym całkowicie legalnie uprawia się procedery, które nazwane normalnym językiem (nie lewacką nowomową, ukrywającą istotę rzeczy pod nowymi nazwami) budzą zgrozę. Jest to kraj, w którym prawo umożliwia dość swobodne zabijanie starców i ludzi ciężko chorych (w jego majestacie w roku 2020 pozbawiono życia blisko 7 tysięcy, dokładnie 6938 osób) i w którym bez problemu można pozbawić życia – około 30 tysięcy w roku 2019 – dziecko nienarodzone do 24 tygodnia ciąży. Gdyby ktoś nie umiał albo dla zagłuszenia swojego tak zwanego sumienia nie chciał liczyć – oznacza to szósty miesiąc ciąży. Istota, zwana przez proaborcyjnych maniaków „zlepkiem komórek” mierzy wtedy już około 35 cm i waży 50-70 dag.

Pomniejsze okoliczności, jak na przykład wyjątkowo łatwy dostęp dla narkotyków, nawet sobie darujmy. Wystarczy ograniczyć się do praktyk najbardziej bestialskich i bardzo byłbym rad, gdyby Holandią – bo o tym kraju mówimy – jakiś TSUE albo jakaś Komisja Europejska zechciały zająć się, jak należy. Lecz nic z tego nie będzie, bo nie tylko nie mają do tego – zupełnie tak samo, jak w przypadku Węgier – podstawy prawnej, ale też – całkiem inaczej niż w odniesieniu do Węgier – są po tej samej, co Holandia stronie. Większość tych gremiów stanowią wyznawcy tego samego lewicowego zabobonu. Nie będą narażać się swojemu lewicowo-liberalnemu – mówiąc Sienkiewiczem – wielkiemu Mzimu.

Jak każdą wojnę (bo to już jest wojna, na szczęście zimna), tak i tę ktoś musiał rozpętać. Dla ustalenia, kto ją wszczął, odpowiedzcie sobie Państwo na pytanie: czy to Węgry usiłują narzucić swój system wartości Holandii, czy też jest na odwrót: to Holandia przy wsparciu unijnych instytucji wychodzi ze skóry, aby swój politycznie poprawny, tęczowy substytut dekalogu, niezapisany w ani w traktatach, ani w kompetencjach unijnych narzucić – nawet przy użyciu kar finansowych – Węgrom, Polsce i innym krajom, w których zdrowy rozum jeszcze ma się dobrze i które odmawiają składania w dziupli baobabu ofiary z ludzi dla złego Mzimu? Odpowiedź jest Państwu znana: tęczowa dewocja atakuje z Zachodu, a premier Holandii jest jednym z bardziej fanatycznych komturów tej ideologicznej krucjaty.

Czy to Węgry usiłują narzucić swój system wartości Holandii? Czy jest na odwrót: to Holandia przy wsparciu unijnych instytucji wychodzi ze skóry, aby swój politycznie poprawny, tęczowy substytut dekalogu, niezapisany w ani w traktatach, ani w kompetencjach unijnych narzucić – nawet przy użyciu kar finansowych – Węgrom, Polsce i innym krajom

Powtórzmy raz jeszcze. Za takimi działaniami stoją też polityczne i gospodarcze interesy. Lecz gdyby tylko o nie chodziło, można by się było jakoś dogadać. Z fanatykami absurdalnych wierzeń dogadać się nie da, bo oni naprawdę w nie wierzą i mają misję: chcą nas dobrowolnie lub siłą nawrócić. Pięćdziesiąt lat (prawie trzy pokolenia) lewackiego prania mózgów na zachodnich uniwersytetach i brak odporności na postmarksistowskie dyrdymały (na które narody Środkowej i Wschodniej Europy zaszczepił – paradoksalnie – komunizm) zrobiły swoje. Dyskusja o zabobonach (że – na przykład – dziecko „powstaje” nie wiadomo kiedy i w jaki sposób, w każdym razie nie w wyniku poczęcia,  albo że istnieją więcej niż dwie płci) nie ma sensu. Ale to oznacza, że nie mamy wyboru. W tych sprawach nie można ustąpić nawet o włos i nawet na niby.

Dariusz Lipiński – publicysta, fizyk, wykładowca akademicki, samorządowiec. Działał w opozycji antykomunistycznej, był posłem na Sejm V i VI kadencji z ramienia Platformy Obywatelskiej

Materiał chroniony prawem autorskim – wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy.

Warto przeczytać