E_T9nzOXEAIpiU4

[OPINIA] Dariusz Lipiński: Ursula von der Leyen między młotem a kowadłem

Share on facebook
Podziel się
Share on twitter
Twitter
Share on email
Email
Share on print
Drukuj
Widać, że instytucje europejskie ciężar rozstrzygnięć w sprawie Polski i Węgier zrzucają na Komisję Europejską i jej przewodniczącą. Ursuli von der Leyen bardzo trudno znaleźć rozwiązanie, które zadowoli wszystkich – pisze Dariusz Lipiński, publicysta
Reklama

21 października Parlament Europejski przyjął niesłychaną nawet jak na standardy tego gremium rezolucję, w której pozwolił sobie na ocenianie, które organy konstytucyjne państwa członkowskiego są legalne, a które nie. Tego samego dnia na temat „praworządności” w Polsce (cudzysłów jest zamierzony, bowiem pojęcie to funkcjonuje ostatnio w znaczeniu odbiegającym od słownikowego, często wręcz karykaturalnym) debatowała Rada Europejska. Z dziennikarskich przecieków wynika, że jej obrady przebiegły dość spokojnie; w każdym razie domniemany „kryzys praworządności w Polsce” (mówiąc euromową) nie okazał się na tyle ważny, by poświęcić mu choćby jedno zdanie w konkluzjach tego posiedzenia. Skądinąd słusznie, ponieważ na zebraniu zajmowano się sprawami naprawdę ważnymi i poważnymi: epidemią koronawirusa, eksplozją cen energii czy bezpieczeństwem zewnętrznych granic Unii w kontekście kolejnej odsłony kryzysu migracyjnego. Obie unijne instytucje, zarówno sfanatyzowany Parlament, jak i zachowująca pewien umiar Rada Europejska zrzuciły ciężar rozstrzygnięć na Komisję Europejską i jej przewodniczącą a pani Ursula von der Leyen została definitywnie wepchnięta między młot a kowadło.

Tylko bowiem ktoś wyjątkowo naiwny mógłby wierzyć w to, że w atakach unijnych establishmentów na Polskę czy Węgry chodzi o jakąś „praworządność” lub inne „wartości europejskie” (cudzysłowy znowu zamierzone).

Wprawdzie podłoże aksjologiczne jest w tych atakach najważniejsze, lecz nie w znaczeniu takim, jak niektórzy udają i jak często się mniema. Tak naprawdę, toczy się współczesna wojna parareligijna, parodia – farsowa acz groźna – wypraw krzyżowych rozpętana w imię tęczowo-aborcyjnej ideologii. Zimna, to znaczy bez użycia ognia i miecza, ale z pełnym zastosowaniem szantażu i olbrzymich pieniędzy. Na sali w Strasburgu wielu mówców zapominało, że przedmiotem debaty miał być domniemany kryzys praworządności w Polsce i szczerze zdradzało, o co im chodzi. Domagali się swobody aborcji w Polsce, piętnowali – wprawdzie nieistniejące, ale przecież na wojnie prawda nie jest najważniejsza – „strefy wolne od LGBT”, pomstowali na średniowieczny polski katolicyzm, mówili nawet pasach cnoty (!); słowem, nie ukrywali, że chodzi o narzucenie lewicowo-liberalnych pomysłów ideologicznych, ich wierzeń tym, którzy tych wierzeń nie podzielają: państwom, w których rządy sprawują konserwatyści.

Nie inaczej było wcześniej w przypadku rwetesu podniesionego z powodu przyjęcia przez węgierski parlament ustawy zakazującej promowania homoseksualizmu wśród dzieci i młodzieży, w której doprawdy trudno byłoby się doszukać czegoś zdrożnego. A ponieważ dewoci owych lewicowo-liberalnych wierzeń wierzą w nie naprawdę (trzy pokolenia – od maja 1968 roku – prania mózgów w mediach, szkołach i na uniwersytetach zrobiło swoje), krucjata będzie kontynuowana.

Wydaje się jednak, że raczej innymi sposobami. Pieniędzy z Funduszu Odbudowy nie da się blokować w nieskończoność nie tylko dlatego, że szantażowanie nimi ma kiepską podstawę prawną, a eskalowanie sporu na tym odcinku mogłoby doprowadzić do nieobliczalnych konsekwencji w skali całej Unii. Są też inne powody. Przewodniczący niemieckiej (Niemcy to najważniejszy partner gospodarczy Polski) Komisji Stosunków Gospodarczych z Europą Wschodnią, Oliver Hermes, już miał wyrazić zaniepokojenie z powodu strat, na jakie narażony byłby biznes niemiecki w związku z przedłużającą się blokadą środków postkowidowych dla Polski. Można przypuszczać, że w dalszej perspektywie czas gra na korzyść Polski, choć w bliższej niekoniecznie.

Przed panią von der Leyen stoi karkołomne zadanie, cokolwiek bowiem zrobi skazane jest na porażkę. Polska i Węgry nie mogą ustąpić nie tylko dlatego, że na gruncie traktatów to one mają rację, ale przede wszystkim z tej przyczyny, że stworzyłoby to precedens pozwalający instytucjom unijnym na ingerencję w dowolny obszar zastrzeżony dla państw członkowskich. Po „uznaniu nielegalności” polskiego Trybunału Konstytucyjnego przez Parlament Europejski (nieważne, że prawnie nieskutecznym, politycznie będzie ono funkcjonowało) wizja ingerencji tęczowo-aborcyjnych dewotów na przykład w prawo rodzinne państw członkowskich jest bardziej niż prawdopodobna. Lecz i pani von der Leyen nie bardzo może ustąpić. Wprawdzie w porównaniu z legislatywami państw członkowskich kompetencje Parlamentu Europejskiego są niewielkie, ma on jednak prawo do wyrażenia wotum nieufności dla Komisji. To plus bardzo prawdopodobna skarga Parlamentu do TSUE na bezczynność Komisji będą elementami gigantycznej presji wywieranej na przewodniczącą.

Jeśli w dodatku prawdziwe są krążące po kuluarach Brukseli i Strasburga pogłoski o planowanym przez socjalistów odwołaniu w połowie kadencji pani von der Leyen (byłaby to rzecz bez precedensu w historii integracji) i zastąpieniu jej kimś z tego obozu, możemy być świadkami potężnej wewnątrzunijnej batalii między radykałami (Parlament, socjaliści i inne grupy lewicowe) a – mimo wszystko – pragmatykami (Rada Europejska, część Komisji).

Aktywność przejawiana w tym starciu zarówno przez socjalistów, jak i (w Radzie Europejskiej) przez premiera Holandii zdaje się uzasadniać wrażenie, że gdzieś w tym bitewnym pyle miga nam od czasu do czasu twarz Fransa Timmermansa.

Dariusz Lipiński – publicysta, fizyk, wykładowca akademicki, samorządowiec. Działał w opozycji antykomunistycznej, był posłem na Sejm V i VI kadencji z ramienia Platformy Obywatelskiej

Materiał chroniony prawem autorskim – wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy.

Reklama

Warto przeczytać