hand-1925875_1280

Fundacja Pełna Życia. W 1989 roku postanowiliśmy wziąć sprawy w swoje ręce

Podziel się
Twitter
Email
Drukuj
Nasza Fundacja jako jedna z pierwszych po przemianach ustrojowych przyczyniła się do rozwoju Polski. W tamtym czasie hipoterapia nie była jeszcze stosowana. Nasza Fundacja rozwijała się, idąc za potrzebami podopiecznych i ich rodzin. Właśnie wsparcie rodzin stało się mocnym filarem naszych działań, co wówczas nie było jeszcze tak rozpowszechnione. Przez 30 lat działania naszej Fundacji angażowaliśmy się w wiele inicjatyw.

W wakacje 1989 roku, tak jak większość ludzi, którzy wtedy chcieli działać, postanowiliśmy wziąć sprawy w swoje ręce. Spotkaliśmy się w gronie przyjaciół: dwoje koniarzy, lekarz, informatyk i filolog, czyli ja. Moim zadaniem miało być napisanie statutu. Miał mi go sprawdzić znajomy prawnik. Wtedy pisałam się tylko na to, a zostałam 34 lata. 

To były czasy przełomu politycznego – obowiązywały jeszcze stare przepisy, wprowadzane były nowe. Dlatego nasz wniosek sprawdzały wówczas aż cztery ministerstwa – zdrowia, bo chodziło o hipoterapię, czyli metodę rehabilitacji, resorty pracy i sprawiedliwości sprawdzały, kim są założyciele, a resort finansów – jak będzie z funduszami. To wszystko trwało chyba osiem miesięcy, więc kiedy się zakończyło, mieliśmy już wszystko zaplanowane i zorganizowane, czekaliśmy tylko na akt założycielski i wpis do rejestru. 

Przez pięć pierwszych lat działaliśmy tylko dzięki funduszom od osób prywatnych i sponsorów. Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych wprowadził finansowanie hipoterapii jako metody rehabilitacji dzieci dopiero w 1994 roku. W tym czasie hipoterapia, bo to właśnie od popularyzowania tej metody i jej praktykowania zaczynaliśmy, nie była w Polsce ani popularna, ani stosowana, choć na świecie była już uznana i szeroko wykorzystywana. Dlatego szukaliśmy sponsorów, także za granicą, a pierwszymi podopiecznymi były indywidualne osoby, które już wcześniej kontaktowały się z Marią i Mikołajem Rejami, współzałożycielami Fundacji znającymi metody terapii.

Ponieważ w Polsce hipoterapia była nowinką, do jej praktykowania zabierali się ludzie, którzy nie za bardzo wiedzieli, jak to robić. Można było wówczas ukończyć trwający tydzień kurs, na którym każdy chętny dowiadywał się wszystkiego o koniach, chorobach dzieci i hipoterapii. Zależało nam na tym, by metoda hipoterapii nie była w Polsce w szarej strefie, ale by mogła być realizowana przez fachowców we współpracy z lekarzami. Trzy lata po powołaniu Fundacji zorganizowałam międzynarodową konferencję, na którą przyjechało 120 osób. Drugiego dnia zgromadzeni przekształcili się w zjazd założycielski Polskiego Towarzystwa Hipoterapeutycznego. Przygotowaliśmy statut tego towarzystwa, do pierwszego zarządu weszło 17 specjalistów z różnych dziedzin. 

To był nasz duży sukces. Towarzystwo działa do dzisiaj. Przez pierwsze 12 lat intensywnie mu pomagaliśmy – siedziba była w naszej Fundacji, a ja dzieliłam biurko z jego prezesem. Potem PTH przeniosło się do Warszawy, a nasza Fundacja, oprócz przewidzianych statutem działań rehabilitacyjnych, cały czas zajmowała się działaniami zrzeszającymi środowisko hipoterapeutów. Poza organizowaniem konferencji naukowych i wydawaniem książek zajmowaliśmy się także szkoleniami, bardzo cenionymi w branży, mającymi w programie ponad 200 godzin teorii i praktyki. Wykształciliśmy ponad tysiąc osób. Obecnie są to bardzo cenieni hipoterapeuci prowadzący terapie w całej Polsce. 

Nasza Fundacja rozwijała się, idąc za potrzebami rodzin, które mieliśmy pod opieką. To były jeszcze czasy przed internetem, więc znalezienie merytorycznych informacji o chorobach dzieci nie było łatwe. Szukaliśmy lekarzy, psychologów i terapeutów zarówno dla dzieci, jak i dla rodziców, którzy potrzebowali wsparcia w wychowaniu niepełnosprawnego dziecka. Wsparcie rodziny szybko stało się mocnym filarem naszych działań, co w tamtym czasie nie było jeszcze tak rozpowszechnione. Istniała psychoterapia indywidualna, grupowa, działały grupy wsparcia, organizowaliśmy wycieczki dla całych rodzin, spotkania integracyjne. 

Trudno oszacować, ile osób skorzystało z naszego ośrodka. Średnio było to sto osób w miesiącu, niektóre przychodziły przez kilka miesięcy, inne uczestniczyły w zajęciach nawet przez kilkanaście lat, do dorosłości. W naszym ośrodku wszystkie zajęcia – hipoterapię, fizjoterapię, treningi umiejętności społecznych, zajęcia integracyjne – prowadzą specjaliści z pomocą wolontariuszy, którzy często są studentami kierunków związanych z terapią i pomocą rodzinie. 

O więziach, które udało się u nas zbudować, świadczy integracyjna grupa teatralna, którą założyliśmy 20 lat temu. Stworzyliśmy wówczas dwa zespoły, dobierając uczestników w zbliżonym wieku i o różnych niepełnosprawnościach, a także zdrowych. Gdy podsumowaliśmy wszystko na przypadający w październiku jubileusz, okazało się, że mieliśmy ponad 50 premier. Większość była wystawiana na profesjonalnych scenach teatralnych Krakowa, a grupy były prowadzone przez zawodowych reżyserów z pomocą naszych terapeutów. To była nie tylko terapia przez sztukę – wszyscy podkreślają, że przygotowane przez naszych podopiecznych przedstawienia mają duże walory artystyczne. 

Przez ponad 30 lat nasza Fundacja angażowała się w wiele innowacyjnych działań i inicjatyw. Nie sposób wymienić wszystkich, wspomnę choćby projekt „Moda bez ograniczeń”, w którym wzięło udział 11 czołowych polskich projektantów zaangażowanych w stworzenie propozycji modowych dla osób z różnego rodzaju ograniczeniami. Od kilku lat nasza Fundacja dzierżawi fort Sidzina, dawny fort Twierdzy Kraków, położony na trzyhektarowej działce, porośniętej zielenią. Renowacja fortu trwała siedem lat. Teraz otrzymujemy nagrody za to, w jaki sposób wprowadziliśmy udogodnienia dla niepełnosprawnych w zabytkowej przestrzeni, nie naruszając historycznej substancji. Przenieśliśmy do fortu część naszej działalności, mamy tam piękną wielofunkcyjną salę teatralną, małe muzeum, miejsce spotkań z ciekawymi ludźmi. Nazwaliśmy to miejsce Fortem Sztuki (i) Życia. Chcieliśmy, by na terenie Krakowa było to miejsce dostępne dla wszystkich – nie tylko dla odbiorców naszych działań, niepełnosprawnych czy sprawnych, ale też dla realizatorów odbywających się tam wydarzeń. Teraz szukamy środków, by zatrudnić do obsługi fortu osoby z niepełnosprawnościami, najprawdopodobniej będą to nasi dawni wychowankowie.

Myślę, że sektor pozarządowy bardzo zmienił Polskę. Dawniej były czyny społeczne narzucane ludziom przez władze komunistyczne, natomiast po 1989 roku sektor pozarządowy stał się oazą i ostoją demokracji. Korzystaliśmy z pomocy specjalistów z zagranicy i uczyliśmy się nawzajem, jak pozyskiwać fundusze, jak działać z uważnością na potrzeby ludzi obok i z korzyścią dla naszego otoczenia. Na początku było oczywiście inaczej, było nas mniej, inne były zasady działania i pozyskiwania funduszy. Teraz jest nas więcej, mamy wypracowane standardy działania, ale i tak jest nam chyba ciągle daleko do niektórych krajów zachodnich, gdzie nawet 1/3 pracodawców to organizacje pozarządowe. Jednak wszystko zmierza w dobrym kierunku.

Obserwuję środowisko pozarządowe w Małopolsce. Ciągle dzieje się w nim coś naprawdę nowego, powstają nowe inicjatywy, coraz ciekawiej wspierające środowiska lokalne. Trochę jednak szkoda, że kwestie związane ze zdrowiem, rehabilitacją i dobrym funkcjonowaniem osób z niepełnosprawnościami muszą być wspomagane przez organizacje pozarządowe. Bez tego wiele z tych osób zostałoby bez pomocy. Można powiedzieć, że w niektórych sferach organizacje pozarządowe nie tylko wspomagają państwo, ale i wyręczają je. 

Aleksandra Włodarczyk, prezes Fundacji Pełnej Życia

Materiał chroniony prawem autorskim – wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy.

Warto przeczytać